Jest tak przeszywająco jesiennie, że pisząc te słowa mam na sobie bluzę, sweter i jestem zawinięta w kocyk, a obok mnie stoi kubek termiczny z gorącą herbatą. W takie dni jak ostatnie, w ponurą jesień, za którą nie przepadam, najlepiej jest właśnie przygotować się jak ja i zanurzyć w przyjemnej lekturze. Ale co zrobić z niespełna trzylatką, która nabawiła się paskudnego kataru i jest bardzo nieszczęśliwa? Otulić ją kocykiem na swoich kolanach i poczytać. Na przykład o pewnym zagubionym, wielkim skarbie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
19 października 2016
11 października 2016
Grajmy!: Dixit, czyli gra wyobraźni
Dawno nie pokazywałam Wam żadnej gry, a to jak mawiał słynny polityk Talleyrand, "gorzej niż zbrodnia - to błąd". Spieszę się zatem naprawić i wracam z przytupem, grą o jakiej jeszcze na blogu nie pisałam. A to z dwóch względów, po pierwsze jest to gra zdecydowanie dla dzieci starszych niż Tosia, a najlepiej będą się w nią bawić ludzie już całkiem dorośli. Po drugie w tej grze nie chodzi ani o taktykę ani o losowość, opiera się na czymś zupełnie zaskakującym i rzadko kojarzonym tak ściśle z grami planszowymi, na wyobraźni i skojarzeniach. Zapraszam!
29 sierpnia 2016
Domowy teatr
Pół Polski myśli aktualnie głównie o początku roku szkolnego, wyprawce, systemie oświatowym, jego ogólnej beznadziejności i sposobach radzenia sobie ze stresem szkolnym. Temat nas zapewne nie ominie, już czujemy na karku dyszący oddech przedszkola, ale póki nie mamy takiego obowiązku, nie będziemy sobie tym zawracać głowy. My ruszamy w zupełnie innym kierunku, a mianowicie ku kulturze wysokiej, a konkretniej ku teatrowi. Kiedy iść z dzieckiem do teatru i czy w ogóle warto? Na jakie przedstawienie? Jak się przygotować i czy jest to potrzebne? Spróbuję dziś odpowiedzieć na te pytania, albo chociaż ich część, zapraszam.
22 sierpnia 2016
Słów kilka o emocjach i emocjonalna gra
Powrót z wakacji zawsze jest trudny, nawet jeśli chodzi tylko o mentalne przestawienie się z trybu "wolność" na tryb "pisz do diaska ten wpis!". Dla mnie to nieodmiennie najtrudniejszy etap powrotu do rzeczywistości, bo choć uwielbiam tworzyć, testować, bawić się i pisać, to zawsze najtrudniej jest się zebrać w sobie i zacząć. Zatem jestem, zebrałam się, z poślizgiem nieplanowanym, ale za to będzie początek nowego roku powakacyjnego z przytupem. Mam bowiem dla Was grę, która powinna pomóc większości dwulatków w rozpoczęciu trudnej sztuki ogarniania emocji.
31 lipca 2016
Książka na złość + KONKURS
Dziś mam dla Was nie lada gratkę. Opowiem bowiem trochę o książce, która nie ma szansy przetrwać lektury w całości. Do tego pomaga rozładować nieco emocje i, w przeciwieństwie do pozostałych dwóch przekazanych mi przez firmę Troy książek, zmieści się bez problemu w każdym, nawet najmniejszym plecaku. Nie chcę być też taką paskudą, co wszystkie smakowite kąski zgarnia tylko dla siebie. Postanowiłam się podzielić, a co! Na końcu niniejszego wpisu, znajdziecie więc prosty i szybki KONKURS, w którym można wygrać egzemplarz niżej opisanej. Do dzieła!
17 czerwca 2016
Mnóstwo szczęscia, czyli Dunia i jej życie
Są takie książki, które głaszczą po sercu i otulają ciepłą kołderką z uśmiechu. Są książki wielkie, które zmieniają świat, ale są też takie zupełnie malutkie, które choć nie czynią wielkich rzeczy, to jednak potrafią wiele nauczyć. Dziś chciałam Wam pokazać i opowiedzieć trochę o jednej z takich książek, a w zasadzie o całej serii przepięknych książek, wydanych przez wydawnictwo Zakamarki - jedno z moich ulubionych. Na razie jesteśmy w posiadaniu dwóch pierwszych części, ale z czasem na pewno uzupełnimy je o pozostałe trzy. Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części wpisu.
6 czerwca 2016
Wielkie Bańki
Trochę nas ostatnio mało, a głównym winowajcą jest wykańczające wykańczanie naszej przyszłej dziupli. Jeszcze tylko przetrwać wakacje i będziemy na swoim! Szykujcie się więc na to, że w okolicach października pokażę otoczenie domowe, w pełni zaadaptowane do metodyki pedagogiki Montessori. Mam zamiar stworzyć Tosi warunki jak najbardziej zbliżone do wizji niesamowitej Pani Marii. Zbieram się też cały czas, żeby napisać Wam nieco o tej pedagogice, o czym już wspominałam, ale jeszcze mam wrażenie, że wiem za mało, żeby stworzyć taki post. Mam nadzieję, że do września ten stan się zmieni i IGranie wzbogaci się o nową serię.
Tymczasem dziś lekko i bardzo wakacyjnie, idealnie na ciepłe, acz trochę wilgotne dni. Blisko godzina spędzona na zabawie ogromnymi, cudownie morfującymi bańkami to coś, czego absolutnie nie wolno Wam nie wypróbować!
24 lutego 2016
Przygody z książką 4: Nusia
Przygody z książką 4 zaczynamy za 1... 2... 3....
Jest, po raz kolejny dołączam do fantastycznego projektu książkowego, przez który moja książkowa lista pękła w szwach już kilka razy, a mąż widząc koszyk zakupowy w księgarniach, prawie schodzi na zawał. Półki uginają się od dziesiątków naprawdę świetnych pozycji i zaczynamy przemyśliwać nad kupnem większego regału. Tak, Przygody z książką to jeden z moich ulubionych projektów, choć na szczęście dzikie zachłyśnięcie z pierwszych dwóch odsłon już minęło i podchodzę do tematu znacznie roztropniej i rozważniej (w końcu trzeba dbać o zdrowie współmałżonka).
Na pierwszy ogień w nowej odsłonie projektowej, która tym razem trwać będzie przez cały rok, natomiast posty będą się pojawiać raz w miesiącu, a nie co dwa tygodnie jak to było poprzednio, chciałam Wam przedstawić bardzo nietypową autorkę i jej niezwykłe książki. Zapraszam!
19 lutego 2016
Zuzia i walizka Pani Doktor
Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu, a to dlatego, że w naszym domu zagościł nowy mieszkaniec. Nikt go nie zapraszał, sam przyszedł i się wygodnie umościł, najpierw w płucach mamy, później Tosi, a na koniec dopadł też tatę. Mowa o wirusie, paskudnym i wrednym, który przyniósł za sobą nieodłącznych towarzyszy: gorączkę, ból mięśni, katar i kaszel. Dziś już jest lepiej, wracamy więc z pierwszym wpisem pochorobowym, w którym chciałabym Wam opowiedzieć o tym, jak oswajamy Tosię z tematem lekarzy i chorowania.
25 listopada 2015
Przygody z książką 3: Mysi domek
Swój dzisiejszy post chciałam zacząć od kilku słów wstępu dotyczących mojej wielkiej miłości do miniatur. O tej miłości w zasadzie mało kto wie tak naprawdę, ponieważ nigdy nie miałam okazji, by jakikolwiek malutki domek stworzyć czy skompletować z gotowych elementów. Natomiast zawsze, gdy widzę jakieś małe dzieło sztuki, tak dokładne i zachwycająco realistyczne, moje serce bije szybciej i mocniej. Uwielbiam tę niesamowitą szczegółowość, którą prezentują najlepsze miniaturzystki, każdy element wystroju stworzonych przez nie domków zachwyca i jest tego zawsze tak dużo, że doprawdy nie wiadomo na czym zawiesić oko w pierwszej kolejności.
Nie wiem czy wiecie, ale są muzea, w których można obejrzeć domki z różnych epok i tworzone w różnym stylu i nie mówię tu o zmniejszonych zabytkach czy cudach świata, a po prostu o malutkich domkach z malutkimi mebelkami.
23 listopada 2015
Wiewiórki
Na dobry początek ostatniego tygodnia listopada, mam dla Was oto bardzo rudy post, po brzegi wypełniony jednymi z naszych najukochańszych zwierzątek, czyli wiewiórkami. W długi weekend przed 11 listopada, wybraliśmy się do Warszawy, do tosiowej cioci, która mieszka tuż obok Lasu Bielańskiego. Jest to urocze miejsce (nie wnikam co tam się dzieje po zmroku), którego podstawową, jesienną cechą jest prawdziwa mnogość wiewiórek. Jak żyję nie widziałam tyle rudych kitek na raz, w jednym miejscu i to jeszcze tak nawykłych do ludzkiej obecności, że orzeszki brały wprost z naszych rąk. Nie tylko dla Tosi było to niezwykłe i fantastyczne przeżycie, także ja i mój małż byliśmy zachwyceni. Choć wybraliśmy się do lasku całkiem nieprzygotowani, bez jakichkolwiek orzechowych smakołyków, poratowano nas garścią włoskich przysmaków i nauczono jak przywoływać nimi wygłodniałe rudzielce (stukając orzechami o siebie). Piękne to, kiedy zupełnie obcy ludzie, widząc twoje nieogarnięcie, z czystej dobroci serca pomagają, żeby dziecię miało okazję zobaczyć jak wiewióra łapie orzecha i czmycha z nim pod drzewo, żeby sprawdzić, czy zawartość jest niewysuszona. To był dzień, w którym po raz pierwszy poczułam, że powolutku w powietrzu zaczyna unosić się zwiewna świąteczna aura.
Wiewióry to istne wariatki. Biegały po lesie dookoła nas jak szalone, a jak udało im się upolować jakiegoś orzeszka, uciekały pod drzewo, pukały w niego, oskrobywały i badały czy jest soczysty, po czym... zakopywały go w ziemi, tam gdzie stały. Myślę, że były już mocno objedzone tym, co dostawały od spacerowiczów, którymi o poranku obrodziło i chciały zgromadzić zapasy. Tylko czy one znajdą te pojedyncze orzeszki rozsiane po całym parku? Mówi się, że wiewiórki mają słabą pamięć i nie znajdują już swoich zmagazynowanych smakołyków, mnie się wydaje, że rude kitki wcale nie są takie głupie, po prostu ciężko im się czasem dostać zimą do skarbów jesieni. Przynajmniej dzięki temu przyczyniają się do rozsiewu drzew.
O, tu poniżej możecie zobaczyć jak przebiegły wiewiór po obadaniu orzecha zakopuje go pod liśćmi, a kawałek dalej jego wygłodniała koleżanka zjada swoją porcję od razu.
Niesamowicie oglądało nam się wiewiórcze pogonie, przy akompaniamencie wroniego krakania, gdyż wron w Lasku Bielańskim było prawie tyle co wiewiórek. W każdym razie rudewki ganiały się nieustannie, wojując o pierwszeństwo w zdobywaniu orzeszków. Walczyły też z wronami i nam dorosłym niesamowitej rozrywki dostarczyła obserwacja tych drobnych utarczek. Część wiewiórek skupiała się głównie na pozyskiwaniu jedzenia, reszta to były czystej krwi wojowniczki, które z impetem napadały na przebrzydłe ptaszyska. Ich skoki z drzewa na drzewo wyglądały zjawiskowo, podziwialiśmy oboje z małżem na jak duże odległości jest w stanie skoczyć tak małe zwierzątko. Tosię fascynowało głównie to, że można wiewiórce coś dać i ona to weźmie, była tym tak zaaferowana, że dantejskie sceny dziejące się w tle, zupełnie jej nie interesowały.
Niestety nie udało mi się żadnego skoku uwiecznić na filmie, ale mam dla Was krótką filmową relację z szaleńczego pościgu:
I na koniec mały bonus, ponieważ mamy w swoim książkowym zbiorku pewną małą, niepozorną i bardzo wiewiórczą książeczkę, w której zawarto bardzo ciepłą i mądrą historię. Jest idealna do opisania jej pokrótce w tym miejscu.
Księżycowa piłeczka opowiada historię dwóch bardzo samotnych i smutnych istot. Pierwszą jest granatowa, ponura piłeczka, którą nikt w przedszkolu nie chce się bawić, a drugą mała wiewióreczka Basia, której mama musiała iść do pracy i zostawić ją pod opieką przedszkolanki. Powiem szczerze, że obrazek z zapłakaną wiewiórką chwycił mnie za serce, choć w zasadzie nic niezwykłego w nim nie ma. Może to kwestia tego, że nie umiałabym w tej chwili oddać Tosi do żłobka, a gdybym musiała to zrobić, moja rozpacz byłaby zdecydowanie ciężka do przetrwania.
Basia znajduję ponurą piłeczkę i zauważa, że są tak samo smutne, postanawia więc, że pobawią się razem i może dzięki temu będzie im obu raźniej. Tak rodzi się przyjaźń, nagrodzona przez księżyc pięknymi, lśniącymi gwiazdami, które odtąd zdobią zarówno piłeczkę, jak i roześmiane oczy Basi.
Piękna, ciepła i bardzo prosta opowieść, którą Tosia każe sobie bardzo często czytać, identyfikując jednocześnie uczucia bohaterów, co bardzo mnie cieszy. Wie kiedy kto jest smutny, a kiedy wesoły, wie czym się te uczucia objawiają i jak je zidentyfikować. Bardzo lubię książeczki, które pomagają w trudnej nauce dotyczącej emocji, a ostatnio jest to u nas dość ważki temat. Tosia wkracza właśnie w ten moment swojego dzieciństwa, w którym po raz pierwszy doświadcza bardzo silnej potrzeby autonomii, a jednocześnie kompletnie nie wie jak poradzić sobie z uczuciami, które pojawiają się, gdy my musimy tę jej potrzebę nieco ukrócić. Wstępnie powiem, że u nas sprawdza się spokojne mówienie do małej, kiedy wpada w bardzo silną złość graniczącą z histerią, dopytywanie o co jej dokładnie chodzi, badanie tego co ona czuje. Jest nam dość łatwo, bo Tosia dużo mówi i sporo potrafi nam przekazać, zdaje sobie sprawę, że byłoby nam nieporównanie trudniej, gdyby wydawała z siebie jedynie monosylaby. Niemniej rozmowa, spokojny ton głosu i nieustanne przypominanie sobie, że dziecko nie radzi sobie z emocjami i nie robi nam awantury ze złośliwości czy krnąbrności, bardzo pomoże zarówno u mówiącego jak i niemówiącego dziecka. Ten sposób sprawdza się w większości domów i ten też sposób doradzają psychologowie. Myślę, że po Świętach, kiedy gorący czas minie i będę miała chwilę więcej, postaram się Wam bardziej przybliżyć teorie emocji dwulatka i napisać jak sobie radzić z napadami złości. Przede wszystkim jednak napiszę dlaczego uważam, że nie ma czegoś takiego jak słynny "bunt dwulatka". Stay tuned!
20 listopada 2015
Bajki przy kominku: Strach na wróble
Listopad leniwie sobie mija, racząc nas niemalże nieustannym deszczem, szarugą i gęstymi chmurami. Idealny czas, by snuć długie historie przy kominku, w którym trzaska wesoło jasny ogień. Na listopad Monika z bloga Świnki 3, przygotowała dość trudny temat strachu. Jak podejść, jak ugryźć żeby przedszkolak zrozumiał? I żeby nie przestraszył się w trakcie słuchania opowieści? Mam nadzieję, że podołałam, oceńcie sami.
| Źródło obrazka: The green head |
21 października 2015
Filmografia dla rodziców na Halloween
Wiecie jak jest, człowiek się stara troszczyć o własną kulturę, hołubi ją i pielęgnuję jak cenny kwiat, a tu podstępem wrasta w nią jakiś nowy element. Nie znoszę tego, a mimo to lubię Halloween... Jednocześnie bardzo sobie cenię nasze polskie Zaduszki i Wszystkich Świętych. Dla mnie to tak jakby oddzielne tematy, których nie można rozpatrywać razem. Halloween w żaden sposób nie zaburza pierwszego dnia listopada, bo zwyczajnie odbywa się wcześniej i towarzyszą mu zupełnie inne okoliczności. Gdyby tak między spacerującymi po cmentarzach i kontemplującymi ludźmi, zaczęły biegać strzygi i wilkołaki wołając "cukierek albo psikus!", wtedy zapewne miałabym ogromne psia (co nie przeszkadza mi nie lubić Walentynek, które przecież z niczym nie kolidują, po prostu ich nie lubię i już ;) ). Stan aktualny całkiem mi odpowiada, najpierw trochę się straszymy i oswajamy z tym strachem, by potem móc w spokoju i bez lęku kontemplować zaświaty i przeszłość.
19 września 2015
Morskie puzzle i kilka słów o dziecięcej frustracji
Czas najwyższy, żeby pokazać Wam jakąś przyjemną zabawkę, która pozwoli poćwiczyć małą motorykę, a przy okazji nauczy trochę cierpliwości. Jakiś czas temu opowiadałam Wam o innej kołeczkowej układance KLIK, w moim odczuciu zarówno prostszej jak i jednocześnie trudniejszej od tej, o której opowiem dzisiaj. Taka jestem przewrotna. Prostsza ponieważ dopasowywanie kolejnych puzzli, jak już się trafiło gdzie je włożyć, było w miarę proste, obrócić ze dwa razy i puzzel wpadał na miejsce. Trudniejsza, ponieważ kształty puzzli były bardzo zbliżone, różniły się detalami, niekoniecznie widocznymi dla takiego malucha jak Tosia. Kamienica jednak po pewnym czasie się znudziła i powędrowała na wymianę do znajomych i ich synka, rówieśnika mojej Myszki. My natomiast zajęłyśmy się odkrywaniem morskich stworzeń i zapraszamy Was dziś do wspólnej zabawy.
Przede wszystkim są to jedne z kilku oferowanych przez niemiecką firmę Goki puzzli kołeczkowych, czyli takich, które można łatwo złapać za wystający kołek i dopasować do odpowiedniego otworu. Bardzo chciałam zakupić Tosi tego typu puzzle, głównie ze względu na ćwiczenie mięśni palców, kojarzenia, spostrzegawczości i szlifowanie umiejętności manipulacji przedmiotami. Naszukałam się jak dzika, niemalże z szaleństwem w oczach, ponieważ umyśliłam sobie zwierzątka na farmie. Ot, takie proste i przyjemne, dzieci lubią zwierzątka, a już owieczki, krówki i świnki potrafią skraść najbardziej nawet oporne serduszko. I tu pojawiły się schody. Wielkie, strome i nieskończone, niczym wszechświat albo ludzka głupota, jak zwykł ponoć mawiać Einstain (choć tego pierwszego nie był do końca pewien).
Wszystkie układanki miały jakiś znaczący defekt, a to nie miały kołeczków [sic!], a to wyglądały jak Pokemony albo inne stwory z kosmosu albo głębin tęczowego piekła, a to znów mieniły się wyłącznie pastelowym różem, błękitem i kurczaczkową żółtością. Nie jestem jakimś szczególnym miłośnikiem naturalizmu, ale świnka i konik wielkości krowy, w dodatku wszystkie różowo-fioletowe... Quo vadis przemyśle puzzlowy? Jak już kupuję coś mojemu dziecku, to niech to chociaż czegoś uczy, niech przybliża świat taki jakim jest z drobnymi może naciągnięciami, żeby było ładnie i kolorowo, ale w granicach rozsądku!
Zrezygnowałam zatem z zakupu tablicy z farmą, choć udało mi się wyszperać taką, która by moje wyśrubowane gusta zaspokoiła, natomiast nie było jej w żadnym sklepie. W oczy rzuciła mi się jednak ta oto niepozorna wersja z morską fauną. Ładna, stonowana, z przyjemną dla oka grafiką. I o to mi właśnie chodziło od samego początku! Czemu nie można czegoś takiego zrobić z kozą i owcą?
W każdym razie dziecku mojemu taka tablica również bardzo się spodobała, odkąd dostała ją do rąk, potrafi przesiedzieć kilkanaście ładnych minut na przemian układając i rozrzucając elementy, co nieodmiennie cieszy rodzicielskie oko (szczególnie jak chce się o świcie dospać jeszcze tak z 10-20 minut).
Macie tak czasem, że marzycie o wypiciu w spokoju swojej porannej kawy (ciepłej, na miłość bogów wszelakich!)? Taka tablica jest całkiem niezłym sposobem, na osiągnięcie tego arcytrudnego celu. Można oczywiście poszperać i poszukać czegoś bliżej zainteresować latorośli. Są puzzle z pojazdami (zastanawiałam się nad nimi przez chwilę, bo wyglądają naprawdę ładnie), z owadami, przedmiotami codziennego użytku, no i oczywiście ze zwierzątkami z farmy, jeśli komuś nie przeszkadza pudrowy róż bijący po oczach.
Muszę Was jednak od razu przestrzec, ponieważ użytkowanie kołeczkowej układanki, wiąże się z pewnym ryzykiem wystąpienia u dziecka frustracji. Tak, jest to chyba pierwsza układanka, która budzi w Tosi tak gwałtowne emocje (albo po prostu przyszedł ten czas, w którym moja potomka uczy się radzenia z trudnymi i niezrozumiałymi odczuciami). Puzzle często nie chcą się wpasować w otwór, mimo że przecież to dobry otwór! Nie da się ich tak ot wetknąć i już, jak w sorterze kształtów. Trzeba zacząć kombinatorstwo stosowane, kręcić i obracać, nauczyć się, że czasem wciskanie na siłę nic nie daje, albo wręcz przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Taką frustrującą sesję z morską tablicą udało mi się uchwycić na poniższym filmie:
Tosia bywa bardzo niezadowolona, kiedy coś jej nie pasuje, ale zauważyłam też, że takie dzikie sceny niezadowolenia odgrywa wyłącznie, jak jesteśmy w pobliżu ja albo mąż. Jeśli siedzi przy tablicy sama i coś nie idzie po jej myśli, wkurzy się, wyładuje przez chwilę ściskając szczura albo naparzając z całą mocą w stolik, żeby od razu przystąpić do kolejnej próby, zwykle udanej. Nasza obecność prowokuje ją do tego, żeby wykorzystywać nas do pomocy, co mnie niepomiernie irytuję, bo nigdy nie wiem jak z takiej sytuacji wybrnąć. Zwykle kapituluję po jednej-dwóch zachętach i pokazuję jej jak wpasować puzzel na miejsce. W sumie nie jest to chyba zła taktyka, ponieważ w tej chwili nawet feralna rozgwiazda po kilku obrotach w małych palcach, ląduje na swoim miejscu.
Po raz kolejny przekonuję się, że dzieci to małe papugi i lubią nas podglądać, obserwować i powtarzać za nami. Dlatego czuję coraz mniejszy opór, by po setki razy małej coś pokazywać albo odpowiadać na pytanie "co to jest?".
Podsumowując mogę polecić taką tablicę dla dzieci, które skończyły półtora roku. Na jak długo wystarczy i jak długo zajmie rozgryzienie puzzli, zależy już od cech indywidualnych potomka. Firma Goki choć robi zabawki sklejkowe, to jednak są całkiem porządne i wytrzymałe, nie straszne im wszelkie zderzenia i krasztesty. W swojej ofercie mają spory ich wybór, także brać i wybierać.
Koniec psot!
8 lipca 2015
Dziecko i świat zwierząt
Dzieci kochają zwierzęta. Pierwszymi słowami poza mama czy tata są zwykle wyrazy dźwiękonaśladowcze i nie jakiegoś miksera, pralki czy tłuczka, tylko właśnie dźwięki naśladujące "mowę" zwierząt. W pierwszych książkach też najczęściej rysowane są zwierzątka, a na widok żywego okazu, młodzież wszelkiej maści wpada w amok i koniecznie chce zwierzątko dotknąć, złapać i przytulić. Moja Tosia nie jest wolna od takich zachowań, choć oczywiście uczymy ją, że kot jeśli się go goni, zawsze będzie uciekał, bo taką ma naturę, więc nie ma sensu na niego krzyczeć i za nim biegać. Na kota można jedynie czekać i mieć nadzieję, że kiedyś najdzie go ochota na głaskanie się o człowieka. Podobnie nie podchodzimy do psa kiedy je, bo nikt nie lubi jak mu się zagląda w talerz (czy w tym wypadku w miskę), na wszelkie oznaki irytacji u psa, typu warczenie, należy go zostawić w spokoju. Nasze nauki odnoszą różny skutek, Tosi ciężko jest na razie pojąć to, co próbujemy jej przekazać, ale z każdym dniem jest lepiej. Pies z resztą Tosię bardzo lubi i często ją pilnuje albo usypia swoim chrapaniem. A i kot uciekający już na sam widok dziecka, przed Tosią jakoś nie ucieka i spokojnie sobie drzemie, dopóki Tosia nie zapuści się zbyt blisko niego.
Warto uczyć dziecko odpowiednich zachowań względem zwierząt, ponieważ świat jest ich pełen, wszędzie możemy się na nie natknąć, szczególnie właśnie na koty i psy. Wpadanie w amok na widok zwierzęcia to często znak nieobznajomienia z takowym i chęć wymacania nowości. Dziecko nie wie, że zwierzę może być niebezpieczne, nie wie czego się wystrzegać, a co może robić, wszystkiego musi się nauczyć i według mnie powinno mieć na to okazję jak najwcześniej. Izolowanie dzieci od zwierząt, może skutkować tym, że nie wiedząc jak się przy nich zachować, doprowadzą do niebezpiecznej sytuacji, tak chociażby jak próba pogłaskania wielkiego i nieprzyjaznego psa, czy próba złapania kota. Skutki łatwo sobie wyobrazić.
Podstawowym błędem według mnie, który popełniają rodzice czy dziadkowie, to straszenie zwierzęciem, często przypadkowe i nieumyślne. Na przykład mówienie dziecku, że psa czy kota nie wolno dotykać, bo jest brudny, albo bo może ugryźć bądź podrapać. W ten sposób uczymy dzieci tego, że zwierzęta są niebezpieczne i należy się ich bać, unikać, a w razie kontaktu bronić się przed nimi. Stąd prosta droga do przemocy wobec zwierząt, bo przecież skoro pies jest takim agresywnym brudasem, to nic się nie stanie jeśli go kopnę czy czymś w niego rzucę.
Drugim błędem jest niereagowanie na męczenie zwierząt. Zwierze nie jest pluszanką, którą dziecko - nawet to najmłodsze! - może bezkarnie ciągnąć za ogon czy uszy, one czują tak jak my. Od samego początku warto uczyć najmłodszych, że zwierzę można pogłaskać, delikatnie dotknąć, ale nigdy nie traktować jak zabawki. Jeśli widzimy, że niemowlę szarpie psa, pokłada się na nim i go tarmosi, nie siedźmy bezczynnie, nawet jeśli pies tak bardzo nas kocha i nie reaguje na takie zaczepki. Ponieważ nasz pies może nie reagować, ale pies sąsiadów już tak. W takich chwilach rodzic powinien usiąść przy dziecku i psie, po czym POKAZAĆ jak należy obchodzić się z żywym stworzeniem. Pogłaskać pieska delikatnie i zachęcić dziecko, żeby spróbowało tego samego. Nie karcić, nie zabraniać, nie odciągać. Usiąść, poświęcić czas i wytłumaczyć, to jest ten magiczny sposób na wychowanie empatycznego człowieka.
Kolejny błąd to uleganie zachciankom. Wszem i wobec, przy okazji wszelkiej maści świąt, trąbi się o tym, że zwierzęta to nie jest idealny prezent dla dziecka (jak dla mnie powinno się o tym mówić cały rok, bo przecież urodziny to też "świetna" okazja). Jeśli już decydujemy się na sprezentowanie dziecku zwierzęcego towarzysza zabaw, musimy je najpierw do tego przygotować. Nie ulegamy zatem chwilowemu entuzjazmowi potomka wobec ślicznych kotków czy króliczków. Najlepiej umówić się z nim, że przez najbliższe dwa tygodnie będzie "wyprowadzało" smycz na spacer, tak jakby wyprowadzało psa. Że kilka razy dziennie będzie zmieniało wodę w misce. Że będzie dbało o posiłki dla wirtualnego pupila - wystarczy, że będzie o nich pamiętać. Przez kolejne dwa tygodnie wspólnie można wybrać najlepszą opcję, a więc poznać gatunki zwierząt, ich potrzeby i zwyczaje, zastanowić się, czy na przykład kupowanie psa rasy Husky to dobry pomysł, kiedy mieszkamy na 40 metrach kwadratowych w bloku w centrum miasta. Można się też zastanowić nad tym czy nie lepiej adoptować jakieś zwierzątko, zamiast kupowania, choć moim zdaniem przy dzieciach istnieje tu pewne ryzyko i nieprzewidywalność, ale też kundelki czy koty dachowce to często genialni kompani zabaw.
No dobrze, ale tak właściwie to po co zwierzę przy dziecku? Przecież to tyle roboty, taki mały człowiek wymaga mnóstwa zaangażowania i gdzie tu znaleźć miejsce na wyprowadzanie i karmienie kolejnego domownika? No i ta higiena, przecież przy dziecku powinno być sterylnie czysto, a taki pies czy kot to tona sierści, brudne podłogi, ślina wszędzie, brudna kuweta i tak dalej.
Jeśli komuś przychodzą do głowy tego typu myśli, niech lepiej rzeczywiście zrezygnuje ze zwierzęcego towarzystwa przy dziecku. Jestem zwolenniczką tego, by futrzani towarzysze mieszkali wyłącznie tam, gdzie będą kochani miłością wielką i bezgraniczną, bez nieustannego karcenia i przeganiania z kąta w kąt. Zwierzę tak jak i człowiek potrzebuje zainteresowania, uczucia, czasu i towarzystwa. Nie każdy też nadaje się na przyjaciela dla poszczególnych gatunków, to zależy w dużej mierze od charakteru, bo jednemu przeszkadza energiczność i służalczość psów, innemu nie będzie odpowiadała obojętność kota, a jeszcze inny będzie kręcił nosem na paskudne szczury czy chomiki. Nie każdy dom się też dla zwierząt nadaje, w bloku lepiej niech zamieszkają malutkie zwierzątka, jakieś gryzonie, rybki czy malutkie psy albo koty po sterylizacji. Duże zwierzęta, a szczególnie te, które wymagają specjalnego traktowania (np. Husky, które muszą się porządnie wybiegać), potrzebują dużej przestrzeni, podwórka, na które mogą w każdej chwili wyjść, nie będą się dobrze czuły w mieście.
Wracając jednak do wątpliwości rodziców, to przede wszystkim psychologowie podkreślają ogromną rolę, jaką zwierzęta w domu odgrywają w wychowaniu małego człowieka. Odpowiednio traktowane zwierzę może nauczyć dziecko jak nikt inny empatii, cierpliwości, odpowiedzialności, opiekuńczości i systematyczności. Zwierzęta to często pierwsi przyjaciele, pierwsi towarzysze zabaw, wierni i kochający bezwarunkowo, to one też niestety, jako pierwsze często uczą dzieci czym jest strata i śmierć. Każda sfera osobowości młodego człowieka, jest więc dzięki zwierzętom rozwijana, zarówno emocjonalna jak i społeczna oraz intelektualna.
Ponad to towarzystwo zwierząt działa na każdego człowieka uspokajająco, na małego człowieka również. Większość z nas chyba doświadczyła tego cudownego uczucia, kiedy zanurza się rękę w ciepłym futerku, kiedy żywa istota przytula się do nas i mruczy, albo pochrapuje (no dobra z Cynamonem się tak nie da, ale głaskanie go jak nie śpi nadal jest fajne :D ). Tak naprawdę to czysta biologia, czując spokój naszego psa, kota czy innej fretki, sami zaczynamy się uspokajać, obniża się nasze ciśnienie krwi, zmniejsza się napięcie mięśni, stres opada, a samopoczucie znacząco się poprawia. Z tego samego powodu tak popularną metodą w rehabilitacji dzieci z porażeniem czy problemami emocjonalnymi, jest zooterapia, w tym najbardziej popularna dogoterapia, felinoterapia czy hipoterapia - te trzy są najczęściej spotykane w Polsce. Nasz Cynamon na przykład to Cavalier King Charles Spaniel, jedna z najpopularniejszych obok Berneńskich Psów Pasterskich ras, zatrudnianych w dogoterapii. Muszę przyznać, że w pełnej rozciągłości to rozumiem, jest cudownym, kochającym i bardzo radosnym psem, agresja na poziomie niemalże zerowym, radość życia level master, poziom ubrudzenia i radości po zabawie z Tosia na podwórku - overlord (jedyny kłopot jaki z nim mamy to fakt, że szczeka na zwierzęta w telewizorze...).
Przez tekst w kilku miejscach przewijało się także to, że zwierzę to najlepszy nauczyciel empatii, szczególnie że często pierwszy. To dzięki zwierzakom, a szczególnie psom, dzieci uczą się rozpoznawać radość, smutek, złość, zwierzę nie ma problemu z tym, żeby wyrażać uczucia, tak jak ludzie, można w nim czytać jak w otwartej książce, co czyni z nich cudownych edukatorów w tym temacie.
Widać również wyłażące z artykułu wnioski, że zwierzęta rozwijają w nas wrażliwość na cierpienie. To one uczą nas stawania w obronie słabszych, a także tolerancji, ponieważ dziecko szybko przerasta je intelektualnie i z roli ucznia, przeradza się w opiekuna, musi zatem zaakceptować fakt, że na przykład pies nie wszystko zrozumie, że jest inny niż człowiek i trzeba być wobec niego wyrozumiałym.
Na koniec zaś temat higieny, jak to jest z trzymaniem zwierzaka w tym samym domu co małe dziecko? W zasadzie jeśli zachowamy podstawowe zasady higieny (zamiatanie i mycie podłóg, czyszczenie kuwety czy klatki, wyprowadzanie psa na spacer za potrzebą - zawsze sprzątamy po nim!) nie powinno być żadnego problemu. Lekarze wręcz podkreślają, że zwierzęta w domu zmniejszają szanse dziecka na alergie w przyszłości. Wykonano szereg badań dotyczących tego tematu, o których możecie szerzej poczytać w linkach w Bibliografii.
I na koniec rzecz chyba najważniejsza, dzieci to urodzeni naśladowcy, ich zachowanie względem zwierząt, to bardzo często lustrzane odbicie tego, jak samo są traktowane. Oznacza to, że dziecko traktowane z miłością i szacunkiem, przełoży to zachowania na swoje relacje z innymi, głównie słabszymi, w tym także ze zwierzętami. I niestety działa to także odwrotnie, dziecko źle traktowane, będzie się zachowywało agresywnie i nieprzyjaźnie. I ten ostatni akapit powinno się wyryć grubymi zgłoskami nad wejściem do każdego żłobka, przedszkola i szkoły.
Także moi drodzy, zwierzęta to wspaniali towarzysze i przyjaciele dla naszych dzieci, nie pozbawiajmy ich przyjemności poznania zwierzęcego świata, bądźmy dla nich przewodnikiem i sami też nauczmy się kochać i dobrze traktować żywe stworzenia.
Wszystkiego futrzastego życzymy wam ja i Tosia!
Bibliografia:
- Dlaczego warto mieć zwierzęta
- Wpływ zwierząt domowych na dzieci
- Dzieci, a zwierzęta
- Wikiepdia - Zooterapia
- Study: living with pets may protect infants from allergies
- Pets may reduce childrens allergy risk
Post powstał w ramach projektu Mały Przyrodnik:
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




















































