Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 kroków do lepszego bloga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 kroków do lepszego bloga. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2015

Lato


Dzisiaj ostatni dzień blogowego wyzwania 5 dni do lepszego bloga, które zorganizowała Ula z bloga Sen Mai. Ostatnie zadanie było dla mnie banalne do wykonania, ponieważ od lat mam już na swoim laptopie zdjęcie, które stanowi dla mnie esencję wakacji i lata. Powyższa fotografia pochodzi z gry głównej na konwencie miłośników eRPeGów i fantastyki Flamberg, gdzie grałam uwięzioną duszę elfiej magini. Mogłabym wrzucić takie jedno zdjęcie z każdego Flambergu na którym byłam, ale to jest moim absolutnie najbardziej ulubionym i ukochanym. Flamberg to miejsce, na którym mój mózg nieodmiennie się resetuje. Ci którzy rzucili okiem na moją listę szczęśliwych wspomnień, mogą pamiętać, że to tam właśnie poznałam mojego męża i stamtąd mam spore grono bliskich przyjaciół i wspaniałych znajomych. To też cudowna i rozwijająca zabawa, pozwalająca nauczyć się czegoś o sobie, o swoich możliwościach tak twórczych (szycie strojów, tworzenie rekwizytów, pisanie LARPów) jak i wewnętrznych, osobowościowych (czy jestem w stanie zagrać rozpacz? albo gwałtowną złość? czy wczuję się w klimat? czy potrafię myśleć jak grana przeze mnie postać?). W tym roku zabieramy na Flamberg Tosię, będziemy grali krasnoludzką rodzinę kowali, więc przygotowanie strojów, rekwizytów i lokacji trwa w najlepsze. Mam nadzieję, że będziemy się bawić równie dobrze jak co roku, albo i lepiej!

To był bardzo intensywny tydzień, ale też bardzo przyjemny i pełen nowych odkryć, tak blogowych, jak i osobistych. Dziękuję gorąco Uli za poszczególne zadania i za cały projekt, szkoda że to ostatni raz, ale mam nadzieję, że teraz szykujesz coś nowego, jeszcze lepszego :) A dla tych, którzy przypadkiem nie zauważyli: ZACZĘŁO SIĘ LATO!

25 czerwca 2015

Czego nikt ci nie powie o byciu blogerem


Chwila założenia mojego pierwszego bloga, to lata świetlne wstecz. Przepysznik powstał jako coś w rodzaju książki kulinarnej, bo chciałam mieć wszystkie swoje przepisy w łatwo dostępnym miejscu, wszędzie gdzie jest Internet. Z czasem zaczęłam pisać także dla innych, bo ilość komentujących stale rosła, co mnie uskrzydlało i niesamowicie motywowało. Późniejsze zawirowania życiowe sprawiły, że porzuciłam blogowanie na dwa lata, moje życie odwróciło się do góry nogami, wszystko się zmieniło, przestałam być studentką i swobodnym elektronem dbającym wyłącznie o siebie. Zmieniły się priorytety, zmieniło się postrzeganie rzeczywistości. I zmienił się także powód prowadzenia bloga. A także pojawił się nowy pomysł.
Przepysznik przeistoczył się z kolażu kulinarnego, w blog z konkretnym przekazem i z konkretnym typem dań. Od kilku miesięcy jest zbiorem przepisów, które można zaserwować nawet najmniejszemu członkowi rodziny, przepisy są zdrowsze, bardziej dbam o dobór składników, czytam etykiety (wreszcie), modyfikuję przepisy i wyszukuję nowe, a potem dzielę się nimi ze światem. Obok są tosiowe igraszki i tu również jest konkretny temat, od którego staram się nie odbiegać, choć na wyzwania blogowe jest malutki wyjątek. Piszę o moich pomysłach na zabawy, zabawki i wszelkie aktywności dla dzieci, które je rozwijają, uczą i bawią. Piszę o mojej córce jako o towarzyszce i głównym uczestniku przygody z dorastaniem, mając nadzieję, że kogoś może zainspiruję, komuś może pomogę, zachęcę, odważę.
Blogi motywują mnie do czegoś więcej, do szukania natchnienia, do grzebania, rozwijania się i zdobywania doświadczenia. Nic w życiu nie zmobilizowało mnie tak do działania jak moje własne blogi. Dwie notki niżej wrzuciłam ogromnego posta z trzema własnoręcznie wykonanymi zabawkami stworzonymi dla Tosi, gdyby nie blog zapewne nigdy by nie powstały, bo choć bardzo chcę sprawiać mojemu dziecku radość, to kupno zabawki czy podanie jej pustej butelki z suchym makaronem jest łatwiejsze. Do zrobienia zabawek trzeba ruszyć cztery litery, pomyśleć, zrobić plan, spiąć się, żeby zdążyć (wyzwania blogowe są tu nieocenione w motywowaniu). Potrzeba stworzenia fajnej notki, marzenie o tym, by być dla kogoś źródłem weny, są niezwykłym i niesamowitym motorem dla aktywności. A trzeba wam wiedzieć, że z natury jestem strasznym leniwcem, potwornym leniwcem, który nieustannie musi się strofować, że powinien coś zrobić. Pracuję nad swoją wewnętrzną motywacją i delikatną zmianą w osobowości, idzie opornie, ale jak widać po blogach, jest coraz lepiej.
Jak wynika z powyższego wywodu, tym czego nikt wam nie powie o blogowaniu, jest to jak bardzo wkrada się ono w codzienność. Wżyna w każdy dzień i godzinę. Nagle przestaję patrzeć na talerz z jedzeniem jak na talerz, a zaczynam jak na przyszłe zdjęcie i przepis. Zaczynam czytać książki o fotografii kulinarnej, tworzę swój domowy kącik do fotografowania w ciemnym pomieszczeniu, specjalnie na zimowe dni, kiedy światło jest kiepskie i zdjęcia w naturalnym zrobić jest ciężko. Patrzę na moje dziecko i zastanawiam się, co inne matki chciałyby przeczytać na temat jej edukacji, co jeszcze zmienić, co ulepszyć, jak sprawić, żeby ułatwić jej start, a jednocześnie móc się tym podzielić z innymi. Patrzę na siebie i myślę intensywnie, co sama muszę jeszcze zrobić, żeby moje blogi były lepsze, jak rozwinąć siebie. I to też cenię w blogowaniu najbardziej, nieustanny rozwój, odkrywanie, progres. Jeśli tylko chcemy, by blogowa przygoda coś nam ofiarowała, wystarczy tylko, że sami damy jej kawałek swojego czasu, a ona już nas porwie w wir szaleństwa, w dodatku w towarzystwie wspaniałych ludzi.


Post bierze udział w wyzwaniu blogowym "5 dni do lepszego bloga", które po raz ostatni niestety, organizuje na swoim blogu Ula.

24 czerwca 2015

Ulubiony kolor



Z wybraniem mojego ulubionego koloru nie miałam żadnego problemu, mam mnóstwo fioletowych rzeczy w szafie, chcę urządzić nasz przyszły dom w szarościach, kremach i fioletach, a najchętniej położyłabym się na polu lawendy i tak leżała do końca świata. Tylko, że nigdzie w okolicy nie mam pola lawendy... Ani żadnego wrzosowiska. Nie czas z resztą na kwitnienie którejkolwiek z tych pięknych roślin. Myślałam więc i myślałam, co by tu sfotografować, żeby oddać klimat moich fioletowych miłości. I wtedy sobie przypomniałam, że w magazynku stoi sobie mój bożonarodzeniowy prezent od małżonka, przecudowny zestaw do parzenia herbaty. Moja wielka miłość i ból serca, że aż do przeprowadzki musi się kurzyć w pudełkach. Wyciągnęłam go wiec skwapliwie i oto jest, zdjęcie które pokazuje nie tylko mój ulubiony kolor, ale i kawałek mojej duszy w ogóle :)

PS. Bonusowo dodam jeszcze trzy inne zdjęcia, bo nie mogę się powstrzymać, żeby Wam ich nie pokazać :P




Post bierze udział w wyzwaniu blogowym "5 dni do lepszego bloga", które po raz ostatni niestety, organizuje na swoim blogu Ula.

23 czerwca 2015

Praktyczny sposób na...


Powiem szczerze, że z tym zadaniem w projekcie Uli mam największy problem. Uważam się za całkiem praktyczną osobę, ale chyba tak mi to weszło w krew, że moje złote sposoby na różne rzeczy wydają mi się oczywiste. Tak bardzo oczywiste, że jako codzienność przestały być złote :)
Postanowiłam zatem odwołać się do mojej drugiej pasji, obok robienia zabawek i wyszukiwania aktywności dla Tosi, czyli gotowania, a w zasadzie pieczenia. Dla wszystkich uczestniczek projektu, a także dla tych, którzy mnie odwiedzają, bo lubią, umieszczam dzisiaj mój "Praktyczny sposób na pyszny, zdrowy i zjawiskowy deser"! Przepis oryginalny zmodyfikowałam tak, by można było takie ciasto podać nawet na urodzinach roczniaka tak, by solenizant mógł go spróbować. U mnie w domu wszyscy zachwyceni, nawet dziadek, który odgrażał się, że nie tknie tego ciasta nawet palcem, dzisiaj prosi mnie bym specjalnie je upiekła. Myślę, że wspaniale nadaje się też jako prezent na Dzień Taty ;)


Leśny mech
(przepis na formę 26cm)
  • 450 g mrożonego szpinaku ( drobnego, nie w liściach )
  • 3/4 szklanki cukru/cukru trzcinowego lub 4 łyżki miodu/syropu klonowego/syropu daktylowego
  • 3 jajka
  • 1 1/3 szklanka oleju rzepakowego
  • 2 szklanki mąki krupczatki
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5l śmietany 30% bądź 36%
  • 250g mascarpone
  • 3 łyżki cukru bądź 3 łyżki syropu klonowego
  • łyżka soku z cytryny
  • dowolne czerwone owoce: ziarenka granatu/żurawina/truskawki/wiśnie
Szpinak rozmrozić w rondlu i dobrze odparować wodę, można też wrzucić go na sitko, nieco odsączyć i zblendować. Jajka utrzeć z dowolnym słodzidłem, malutką stróżką wlać olej, ciągle miksując. Wsypać partiami mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, a na koniec dodać szpinak i wymieszać łyżką. Piec 1h (do suchego patyczka) w temperaturze 180 stopni.
Po wystudzeniu ściąć wierzch i pokruszyć. Do roztartego serka mascarpone dodać dwie łyżki śmietany i delikatnie wymieszać. Resztę śmietany ubić na sztywno, pod koniec dodać słodzidło oraz sok z cytryny. Połączyć obie części masy przy pomocy łyżki (nie miksować!). Masę śmietanowo-serową wyłożyć na spód i obsypać dokładnie pokruszonym ciastem, udekorować czerwonymi owocami.
Smacznego!




Post bierze udział w wyzwaniu blogowym "5 dni do lepszego bloga", które po raz ostatni niestety, organizuje na swoim blogu Ula.

22 czerwca 2015

10 najpiękniejszych chwil w moim życiu

 

Zaglądanie w przeszłość to dla mnie przyjemność. Jestem dziwnym stworzeniem, które choć doświadczyło sporo smutnych i trudnych chwil, to jednak patrząc wstecz widzi głównie te dobre rzeczy, które sprawiły, że moje dzieciństwo było piękne. Wolę nie pamiętać złych rzeczy, za to te dobre rozpamiętuję z lubością i często łzy mi się kręcą w oczach z nostalgii.
Dlatego za serce chwyciło mnie pierwsze zadanie w wyzwaniu blogowym "5 dni do lepszego bloga", które po raz ostatni niestety, organizuje na swoim blogu Ula.


Jakie są zatem najpiękniejsze chwile w moim życiu?

  1. Dzień, w którym po raz pierwszy usłyszałam z ust Tosi słowo "mamo", zostałam nim obudzona o świcie, ale jakże cudowny był to świt :)
  2. Chwila, w której po raz pierwszy zobaczyłam swoją córkę. Sam poród był dość traumatyczny i wolę go nie pamiętać zbyt dokładnie. Natomiast chwila, w której usłyszałam jej pierwszy krzyk i myślałam intensywnie (to pamiętam bardzo dobrze), że jest tak daleko, a ja chcę ją mieć blisko przy sobie, już, natychmiast i niech mi ją wreszcie dadzą! A potem pielęgniarka ją do mnie przyniosła i pozwoliła pocałować w czoło... Wtedy chyba po raz pierwszy poczułam się mamą. Kiedy wzięłam małą na ręce i przytuliłam, przepadłam na zawsze w niekończącą się studnię miłości do dziecka.
  3. Mój ślub. Jeden dzień przeżyty jak w bajce, choć nigdy nie marzyłam o białej sukni i księciu z bajki, to właśnie dokładnie to wtedy dostałam.
  4. Pierwsza chwila bliskości z moim mężem. Dla wielu pierwszy raz bywa bolesny bądź traumatyczny i wspominają go źle, dla mnie to jedno z najpiękniejszych przeżyć. Nie idealne, ale cudowne, bo z nim, z miłością mojego życia.
  5. Mój pierwszy Flamberg (konwent terenowy miłośników larpów, RPG i szeroko pojmowanej fantastyki). Tam poznałam mnóstwo cudownych ludzi, z którymi przyjaźnię się i koleguję do dzisiaj. Tam poznałam swojego męża, tam nabrałam odwagi i pewności siebie, tam bawiłam się cudownie i pierwszy raz się tak naprawdę upiłam (choć to akurat nie jest najlepsze wspomnienie :P ).
  6. Dzień, w którym okazało się, że najtrudniejsza sesja na studiach jest jednocześnie moją najlepszą. Byłam z siebie niesamowicie dumna i trzymam to uczucie w sercu na trudne chwile.
  7. Pewien bardzo dziwny poranek na działce, kiedy miałam 17 lat. Moja najlepsza przyjaciółka nie znosząca pająków, straszliwie się jednego wystraszyła, bydle ukryło się pomiędzy naszymi łóżkami, nijak nie dało się go wydostać, a zasnąć z taką paskudą przy głowie... Nigdy w życiu! Poszłyśmy wtedy do kuchni, o 5 rano oglądałyśmy Wimbledon i pożerałyśmy galaretkę z owocami, rozmawiając o głupotach. Niby nic niezwykłego, a jakoś cały czas mam tamten poranek głęboko w pamięci i bardzo lubię go wspominać.
  8. Ostatnie zakończenie roku w podstawówce. To był świetny dzień, spędzony z ludźmi, z którymi już nigdy później nie spotkałam się w tym samym gronie. Takie dni są nie do powtórzenia.
  9. Wakacje u mojego wujka na wsi. Bieganie przez całe dnie po łąkach i polach. Łapanie żab i koników polnych, leżenie na stogu siana, podkradanie wiśni z sadu sąsiada. Picie na podwieczorek mleka prosto od krowy i jedzenie chleba z masłem i cukrem. Piękne.
  10. Słuchanie bajek czytanych i opowiadanych przez mojego ukochanego dziadka, jego głos do dzisiaj dudni mi w uszach, kiedy czytam bajki swojej córce. Kocham cię dziadku i cały czas mam głęboko w sercu twoje słowa!
Mam jeszcze wiele pięknych chwil w pamięci, karmienie łabędzi nad jeziorem w czasie rodzinnych wakacji, granie w szkolnym teatrze, czy tworzenie mojego pierwszego LARPa. Ale te powyższe wspomnienia, to zdecydowanie moje TOP10. Mam nadzieję, że trochę się ze mną powzruszaliście i pośmialiście przy tym poście.
Dziękuję Ula za niego :*