17 czerwca 2015

DIY: Książka o Tosi


Po kilku problemach technicznych, ostatecznie udało mi się z tygodniowym poślizgiem skonstruować książkę o Tosi dla Tosi. Podobne książeczki widziałam na wielu blogach, ale moją podstawową inspiracją jest blog o Zosi, a konkretniej TEN wpis. Jest to coś w rodzaju spersonalizowanej książeczki do globalnego czytania, ale będzie też na pewno wspaniałą pamiątką z dzieciństwa, w przyszłości. Dla małego czytelnika książeczka o nim samym jest nie lada gratką, szczególnie jeśli umieścimy w niej rzeczy, które maluch lubi i dobrze zna. Do tego bardzo proste zdania, w których podstawą jest jego imię. Można też stworzyć książeczki tematyczne o dowolnej treści, np. z częściami ciała naszego dziecka, albo z owocami na jego prywatnym talerzu, które za chwilę samo zje albo z jego prywatnymi częściami garderoby.


Tosia jest w swojej książeczce zakochana i przegląda ją od deski do deski, ciesząc się, że widzi w niej znajome twarze i przedmioty, a przede wszystkim siebie, uśmiechniętą i szczęśliwą :)






Czego będziemy potrzebować?
  • wydrukowane zdjęcia oraz krótkie zdania
  • kolorowy papier techniczny
  • klej
  • taśma klejąca
  • nożyczki
  • dziurkacz
  • sznurek, rzemień bądź metalowa obręcz na zatrzask
  • laminator (nie jest konieczny, ale na pewno przedłuży życie książki)
  • ewentualnie jakieś dodatkowe ozdoby



Wykonanie

Wymierzyć zdjęcia i podpisy, u nas rozmiar zdjęć jest standardowy 10,2x15cm, po dopasowaniu wyszło mi, że potrzebuję kartek w rozmiarze 14x17,5cm. Jeden karton A3 wystarczył mi więc na cztery podkładki pod zdjęcia.



Chwila zabawy z linijką, ołówkiem i nożyczkami dała takie oto prostokąty.


Na każdy prostokąt przy pomocy taśmy klejącej przykleiłam wybrane zdjęcie, a pod spodem przy pomocy kleju przymocowałam podpis.














Następnie gotowe karty zalaminowałam, żeby przedłużyć im życie (laminator to przy dziecku naprawdę wspaniały wynalazek) i wycięłam nadając rogom obły kształt.








Przy wycinaniu miałam nieodłączną pomocnicę, zakochaną w kawałkach folii.


Kolejny krok to zrobienie dziurek ostro zakończonym dziurkaczem i połączenie wszystkiego przy pomocy sznurków, metalowych obręczy czy rzemieni. Ja też dodałam dwa koraliki, dla ozdoby.










Post jest takim dodatkowym bonusem do projektu Przygoda z książką 2, miał być tydzień temu, ale jak już pisałam nie wyszło i jest dzisiaj. Jako, że ominęły mnie pierwsze dwa wpisy w projekcie, postanowiłam ten dorzucić jako dodatek :)


Zapraszam też do obejrzenia blogów innych uczestniczek projektu, znaleźć je możecie TUTAJ.

13 czerwca 2015

Pierwsze pudełko sensoryczne


Czym jest pudełko sensoryczne i do czego służy? Co daje dziecku zabawa z nim? To pierwsze pytania, jakie zada sobie każdy, kto zetknie się z tą nazwą bądź zdjęciami z zabaw. Otóż, pudełko sensoryczne to taki magiczny pojemnik, a właściwie to skarbiec, w którym można umieścić wszystko. Najważniejsza jest rozmaitość kształtów, wielkości, faktur, kolorów, może też zapachów jeśli dobrze pokombinujemy. Założenie jest proste i na dobrą sprawę do wykonania tej zabawki, nie potrzebujemy nawet pudełka, a przynajmniej nie na początku, kiedy dziecko jeszcze nie siedzi. Na początku wystarczy wokół malucha, w zasięgu jego ręki, rozłożyć przedmioty. Nie musi to być nic niezwykłego, idealnie sprawdzą się przedmioty codziennego użytku, grunt żeby różniły się między sobą. Przed maluchem, nawet takim dwu-trzy miesięcznym, który leży na brzuchu, układamy na przykład kawałek miękkiej szmatki, szeleszczący papier, twardą piłkę, gąbkę i kawałek futerka. Dla naszego malca otworzył się właśnie świat niezwykłych doznań zmysłowych. Siedzące dzieci można też posadzić w pudełku pełnym ryżu, piasku, wody, kisielu, czy co tam nam przyjdzie do głowy i to także będzie wspaniała zabawa. Dzieci w okolicach roku mogą też dostać pudełko z różnymi cudami w środku, które mogą wyciągać, oglądać, gryźć itd.
Dla dzieci najważniejszy jest zmysł dotyku, jak mi to kiedyś napisała znajoma, im więcej się nadotyka, tym więcej się nauczy. Ten okres trwa właściwie od urodzenia do siódmego roku życia, choć najintensywniej, poprzez dotyk, dzieci poznają świat do trzeciego roku życia. W pierwszych miesiącach, doznania pochodzące z receptorów dotykowych, stanowią aż 80% zdobytej przez dziecko wiedzy. Warto zatem już od samego początku tworzyć dla naszej pociechy środowisko bogate w doznania dotykowe.
Wracając jednak do tematu głównego, pudełko sensoryczne to jeden ze sposobów stymulacji, o innych, takich jak malowanie palcami i stopami, ścieżki sensoryczne, ciastoliny czy pudło-niespodzianka, będę jeszcze pisać w niedługiej przyszłości. Wcześniej opisałam organizację zabawy sensorycznej dla niemowląt, starszym dzieciakom można już zorganizować pudełko bardziej szczegółowe i o konkretnej tematyce, żeby przy okazji dotykania, nauczyć się też kilku innych rzeczy.




Pierwsze pudełko sensoryczne dla Tosi, które nie jest piaskownicą, zrobiłam z pudła plastikowego zakupionego w ulubionym szwedzkim sklepie, torebki najzwyklejszego ryżu i drewnianych kulek. Jako, że jesteśmy teraz cały czas w temacie kolorów, bawimy się nimi i poznajemy je na mnóstwo różnych sposobów (o czym pisałam na przykład TUTAJ), pudełko sensoryczne otrzymało nazwę Tęczowego. Jest bardzo prościutkie, bo to nasze pierwsze podejście i byłam ciekawa jak Tosia zachowa się dostawszy w ręce taki ogrom drobnych ziarenek. Z fascynacją grzebała w nich, zanurzała ręce, przesypywała, mieszała łyżką (dałam jej cedzakową i dwie drewniane). Długi czas była pochłonięta zabawą, po zdjęciach widać, że nie było momentu, żeby nie gmerała w pudle, zawsze gdzieś w tle albo w rogu miga jaj rączka.







Sygnałem, że zabawa została na razie wyczerpana, okazało się wysypywanie ryżu poza pudełko, od tego momentu właściwie samym pudełkiem się już nie zajmowała. Przy kolejnym podejściu urozmaicenie stworzyła sobie sama, wkładając do pudełka miskę i wsypując do niej kulki o odpowiednim kolorze.
Kiedy niebieskie kulki zostały oddzielone od reszty, postanowiłam wyjąć inne kolory, dosypać kilka szklanych paciorków w niebieskim bądź przeźroczystym kolorze (każdy innej wielkości i o innej fakturze) i stworzyć dla Tosi pudełko Morskie. Włożyłam też jedyne figurki morskich stworzeń jakie mamy w swojej kolekcji, czyli wielkiego wieloryba i fokę.



Wieloryb dość szybko wylądował poza pudełkiem, Tosia nie dała mi nawet sfotografować go jak jeszcze był w środku, od razu wyfrunął poza "morze", najwidoczniej nie kadrował jej się za dobrze w pudełku.


Foka wytrzymała nieco dłużej, ale ostatecznie i tak dołączyła do większego kolegi. Najwyraźniej Tosi w zupełności odpowiadały same niebieskie kulki w ryżu i to nimi chciała się bawić.





 








W pewnym momencie Tosia zaczęła gromadzić kamyki konkretnego rodzaju, odniosłam wrażenie, że podobają jej się w dotyku i z wyglądu. Ot, takie małe odkrycie poczyniłam :)


Pierwsze próby zapisuję zatem jako zakończone sukcesem i teraz będę kombinować nad kolejnymi koncepcjami pudełkowymi, nie dość, że dla dziecka jest to świetna zabawa, to jeszcze mama może się twórczo wyszaleć, czegóż chcieć więcej?

10 czerwca 2015

Przygody z książką 2: Mmmmm


Miałam pisać dzisiaj o czymś zupełnie innym, nie o książce kupionej, ale zrobionej własnoręcznie, ale życie jak zwykle pisze własne scenariusze. Przede wszystkim zwaliło mi się sporo na głowę, załatwiania, papierkologii i biegania po urzędach mam sporo, więc i projektu dopieścić nie ma kiedy. Poza tym mój pierwotny plan okazał się mało estetyczny, musiałam uciec się do pomocy lepsiejszych, a co za tym idzie musiałam dłużej poczekać na efekty. I tak post, który miał być dzisiaj pod sztandarem wspaniałej akcji "Przygoda z książką 2", będzie prawdopodobnie w weekend, a dziś zaserwuje wam pocieszający deser. Książeczkę, którą moja Tosia pokochała tak bardzo, że chce ją przeglądać każdego ranka, a później co jakiś czas sięga po nią w ciągu dnia. To przy niej nauczyła mi się pchać na kolana i prosić o opowiedzenie historii.





Jest to bowiem opowieść dość niezwykła, jedynym słowem jest w niej tytuł, a narratorem staje się rodzic, bądź samo dziecko jeśli jest już starsze. Dlatego też za każdym razem historia opowiedziana w "Mmmmm" jest nieco inna, albo wręcz zupełnie inna, jeśli tylko się postaramy.



Do tego jeszcze autorzy zastosowali bardzo ciekawą i niespotkaną przeze mnie nigdzie indziej, metodę ilustrowania, najbardziej zbliżoną do animacji poklatkowej. Kolory są ciepłe i jaskrawe, przyjemne dla oka, kontury bardzo niewyraźne, nic nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Tak jak opowiedziana historia żarłocznego misia, tak same ilustracje zdają się przy każdym przejrzeniu zmieniać.




Bardzo podoba mi się sposób podejścia autorów do małego odbiorcy, czuć tutaj szacunek dla dziecięcej wyobraźni. Przed dzieckiem stawiane są niezwykłe wymagania, nie podaje mu się niczego na tacy, samo musi wkroczyć w świat misiowej baśni i odkryć każdy jego kawałeczek. Dzisiaj miś pożarł cały miodek, zamarzył mu się ul, w którym miodku jest dużo, poszedł więc po radę do jeża, który skierował go na szczyt drzewa. A jutro miś obudzi się rano, a tam ktoś mu wyjadł cały miód ze spiżarni! Pobiegł prędko do jeża, żeby mu się poskarżyć, a ten go uspokoił, że przecież sam lunatykuje i je miodek przez sen, ale niech się nie martwi, bo o tutaj wisi przecież ul pełen miodu, niech tylko uważa na pszczółki! Pojutrze natomiast miś zje miodek i pójdzie po więcej do jeża, ale ten odeśle go z kwitkiem, bo miś zeżarł mu cały miodek poprzednim razem... I tak dalej i tak dalej, niekoniecznie do końca zgodnie z ilustracjami. Czasem Tosia kartkuje tak szybko, że muszę na bieżąco skracać i modyfikować historię, żeby nadążyć. A czasem w ogóle nie chce, żebym jej cokolwiek opowiadała, tylko sama bacznie studiuje każdą stronę, mrucząc sobie coś pod nosem. Pewnie ona też ma swoje wersje tej bajki, już się nie mogę doczekać, kiedy którąś z nich usłyszę.







A na koniec trzy gify, które udało mi się sklecić, a pięknie ilustrują poklatkowość Mmmmm:





Post bierze udział w projekcie Przygoda z książką 2:


Zapraszam też do obejrzenia blogów innych uczestniczek projektu, znaleźć je możecie TUTAJ.