8 grudnia 2016

Historia Marii Montessori i podstawy jej pedagogiki


Dziś mam dla Was opowieść, która długo czekała na swoją premierę. Coś o surowej damie w czerni, z ogromnym kapeluszem na głowie i o szczęśliwych dzieciach i ostro strofowanych dorosłych. Historia ta zaczęła się ponad sto lat temu w kraju pizzy i spaghetti, choć wątpię, by główna bohaterka kiedykolwiek spróbowała któregoś z powyższych dań. Nareszcie czuję, że w miarę dorosłam i nauczyłam się odpowiednio dużo, by wprowadzić Was w świat Marii Montessori i jej Domów dziecięcych. Zapraszam!

Rys historyczny

Jak już napisałam wyżej, wszystko zaczęło się we Włoszech, gdzie w 1870 roku urodziła się nasza główna bohaterka Maria Montessori. Pochodziła z dość zamożnej rodziny, jej ojciec był urzędnikiem we włoskim Ministerstwie Finansów i to on zgodnie z klasycznym wzorcem był głową rodziny. Matka Marii była dobrze wykształconą kobietą, hołdującą tradycji i religijną. Największy jednak wpływ na małą Marię miał wuj Antonio Stoppani, ksiądz, niesamowity gawędziarz, pasjonat geologii i paleontologii - potrafił połączyć naukę z teologią. To dzięki jego wpływowi dział wiedzy kosmicznej w pedagogice Montessori jest tak obszerny i tak bogato opracowany. To wreszcie jego słowa legły u podstaw późniejszego sposobu myślenia Marii Montessori: "Każdy człowiek ma potencjał duchowy". I to też później można ujrzeć w sposobie traktowania przez nią dzieci, czyli wielki szacunek do ich możliwości, ciekawość i wiara w dziecięcy potencjał.

Antonio Stoppani (Źródło: Wikipedia)
Maria Montessori stała się sławna bardzo wcześnie, już jako studentka była personą bardzo niezwykłą, ponieważ jako jedna z pierwszych kobiet, studiowała we Włoszech medycynę (podobną historię miała z resztą nasza rodzima noblistka Maria Skłodowska-Curie, były też niemalże równolatkami). Z tym faktem wiązały się niestety bardzo trudne doświadczenia dyskryminacji z powodu płci, wielu studentów i profesorów, dawało jej bowiem odczuć, że jej osoba w gmachu Uniwersytetu Medycznego, jest wysoce nie na miejscu. Dochodziło nawet do sytuacji, w której jej obecność na zajęciach w prosektorium, w obecności nagiego ciała była uważana za nieprzystojną i kazano jej zajęcia odbywać indywidualnie po godzinach. Ten krótki opis jej zmagań z czasów studenckich wystarczy, żeby nabrać jako takiego pojęcia o jej uporze i determinacji oraz niezwykłej sile duchowej. Maria Montessori była zawzięta i nigdy nie spuszczała z oczu obranego celu, niezwykłość tej kobiety nadal jest dla mnie czymś niesamowicie fascynującym.

Maria Montessori 1886 (źródło: Extraordinary women)

Po studiach Montessori rozpoczęła pracę w szpitalu uniwersyteckim, otworzyła także prywatną praktykę. Zajmowała się głównie dziećmi opóźnionymi, z rozmaitymi problemami tak rozwojowymi, jak fizycznymi, psychicznymi czy neurologicznymi. W tym samym czasie działała intensywnie jako działaczka walcząca o prawa kobiet - idealny przykład emancypantki, w której pęd do wiedzy i naukowe zacięcie ścierały się z konserwatyzmem i tradycyjnymi wartościami. Koniec XIX wieku dla Marii to też czas niezwykle trudnych decyzji, które do dziś są bardzo kontrowersyjne. Ta wyemancypowana i bardzo inteligentna dama, miała bowiem romans, w wyniku którego urodził się jej jedyny syn. Syn nieślubny, gdyż ślub dla kobiety we Włoszech wiązał się z końcem kariery naukowej, a Montessori nie chciała rezygnować ze swojej pasji i pracy, którą uważała za niezmiernie wręcz ważną. Dlatego nigdy nie wyszła za mąż, a syna oddała pod opiekę dalekiej rodzinie. Sama zastanawiam się jak kobieta tak niezwykle wrażliwa na potrzeby dzieci mogła porzucić własne, ileż mogła wiedzieć o wychowywaniu, skoro nigdy nie wychowywała własnego syna (ich drogi ponownie złączyły się gdy Mario był już nastolatkiem)? Niemniej w jej posągowej postaci jest to rysa nadająca jej ludzką twarz, ten element, który pokazuje, że choć była geniuszem, to nadal pozostawała człowiekiem.

Maria Montessori z synem Mario (źródło: Extraordinary women)

Czas po studiach to czas bardzo intensywnego rozwoju i poszerzania horyzontów. To właśnie wtedy Montessori zapoznała się z wynikami badań francuskiego lekarza i pedagoga Jean'a Marc'a Itard'a, który zasłynął tym, że na początku XIX wieku przygarnął pod swoje skrzydła tzw. dzikie dziecko, czyli chłopca Victora, wychowywanego przez wilki - jest to jedno z najsłynniejszych dzikich dzieci z tamtych czasów, a na pewno najszerzej i najdogłębniej opisane. Chłopiec miał około 12 lat, nie umiał jednak mówić, chodził na czworakach i zachowywał się niczym dzikie zwierzę. Wielokrotnie uciekał i w żaden sposób nie można było się z nim porozumieć. Dlatego też wysłano go do Itarda, który w Paryżu pracował z dziećmi głuchoniemymi. Itard był pierwszą osobą, która potraktowała Victora jak człowieka, ofiarował mu przede wszystkim bezinteresowną miłość i traktował z szacunkiem. Stąd też Victor, choć również od niego wiele razy uciekał, to jednak zawsze wracał. Itard wierzył, że dwie rzeczy odróżniają nas od zwierząt: empatia i język. Stąd też główne jego zabiegi dotyczące edukacji Victora służyły temu, by nauczyć go żyć w społeczeństwie (co przez pięć pierwszych lat dawało świetne rezultaty) oraz by nauczyć chłopca mówić. Niestety Victor nigdy nie nauczył się mówić, umiał wypowiedzieć tylko kilka słów (np. mleko i O, boże!), dziś wiemy, że jeśli dziecko nie nauczy się mówić do okresu dojrzewania, to prawdopodobnie nie nauczy się tego już nigdy. Badania nad Victorem były dla Montessori przełomowe i wiele zmieniły w jej rozumieniu edukacji oraz rozwoju dzieci.
Jeśli macie chęć dowiedzieć się więcej o "wilczym dziecku", możecie np. obejrzeć film z 1970 roku The Wild Child. Z innych historii mogę też polecić poczytanie o Amali i Kamali, dziewczynkach również wychowywanych przez wilki, a także o Genie dziewczynce, która była więziona w odosobnieniu do trzynastego roku życia.

Tablica Seguin'a (źródło: Montessori training Australia)

Równie ważne dla Montessori były badania i odkrycia współpracownika Itarda Eduard'a Seguin'a, który otworzył pierwszą w Paryżu prywatną szkołę dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Była także pierwszym przewodniczącym American Association on Intellectual and Developmental Disabilities. Jego praca z dziećmi z rozmaitymi ułomnościami intelektualnymi była dla Montessori ogromną inspiracją - widać to chociażby w tym, że w dziale matematycznym pojawiła się pomoc opracowana przez Seguin'a, tablica do nauki tworzenia liczb dwucyfrowych.

Maria Montessori także pracowała z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie (regularnie odwiedzała azyl dla chorych dzieci w Rzymie) i prace dwóch wyżej wymienionych autorów bardzo ją zaintrygowały. Zebrała więc całą swoją nowozdobytą wiedzę i postanowiła wprowadzić ją w życie, tworząc odpowiednio stymulujące otoczenie dla "swoich dzieci". Rozpoczęła się jej wielka pedagogiczna praca, dzięki której stała się znana w całej Europie. Pouczała i strofowała, nieustannie podkreślając jak ważne dla dzieci z trudnościami w nauce jest stworzenie odpowiednich klas i otoczenia, w którym będą mogły się uczyć. Szczególną uwagę na siebie zwróciła jednak dopiero, gdy została dyrektorem nowopowstałej szkoły ortofrenicznej, do której przyjmowano dzieci z opóźnieniami, dzieci z bardzo specyficznymi potrzebami edukacyjnymi. W ciągu dwóch lat badań i obserwacji dzieci, Montessori stworzyła i wdrożyła system, dzięki któremu dzieci znacznie odstające od normy, był w stanie zdać standardowy egzamin kończący szóstą klasę w szkołach publicznych we Włoszech. Dokonała cudu, za który została doceniona w całym kraju.

Pierwszy Casa dei bambini

Po spektakularnym sukcesie z dziećmi upośledzonymi, Maria Montessori została zaproszona do koordynowania dziennego centrum opieki dla dzieci z klasy pracującej. Samo centrum Rzymu, dzielnica biedoty San Lorenzo, gdzie ludzie często żyli w skandalicznych warunkach w maleńkich mieszkankach bez dostępu dziennego światła, w skandalicznych warunkach higienicznych. Wyobrażacie to sobie? Ta elegancka dama, pani naukowiec w czarnej koronkowej sukni i obsmarkane, brudne dzieci, zbyt małe jeszcze by iść do szkoły. Szalona jest ta wizja i aż trudno uwierzyć, że takie zdarzenie rzeczywiście miało miejsce.

Maria Montessori dostała pod swoją opiekę klasę liczącą pięćdziesiątkę dzieci liczących sobie od dwóch do pięciu lat, które dotąd uczył jeden człowiek, bo nawet ciężko nazwać go pełnoprawnym nauczycielem. To była prawdziwa, pozytywistyczna praca u podstaw. I tu także nasza bohaterka dokonała rzeczy niezwykłej. Zaczęła od higieny, nauczyła dzieci jak się myć (w klasach autentycznie były balie i miski do mycia), jak się ubierać, czesać, smarkać w chusteczkę. Starsze dzieci uczył się jak dbać o otoczenie, sprzątać i opiekować się młodszymi maluchami. Wizytowała także mieszkania, w których mieszkały. Rodzicom nakazywała, by dzieci przychodziły do placówki zawsze punktualnie i do tego nienagannie czyste. To był wymóg, inaczej dziecka nie wpuszczano do środka i rodzic robotnik, pracujący zwykle po 12 godzin dziennie, miał ogromny problem, toteż zwykle słuchali Montessori i grzecznie wypełniali wszystkie jej polecenia.

Maria Montessori z uczennicą (źródło: Mountaineer Montessori)

Przyniosła także dzieciom pomoce, których używała w czasie pracy z dziećmi upośledzonymi, była ciekawa, jak typowy naukowiec, co z tego wyniknie. Wielkim zaskoczeniem dla niej było to, że zdrowe dzieci nie potrzebowały zachęty, same rwały się do pracy z pomocami, inaczej niż dzieci z niepełnosprawne. Dzieci, które 3/4 swojego życia spędziły dotąd na ulicy, włócząc się bez celu, teraz z fascynacją badały pomoce i na długi czas skupiały się na pracy z nimi. Największą radość czerpały z wykonywania codziennych czynności, których opanowanie dawało im niezależność, a przez to wzmacniało ich samoocenę. Z czasem dzieci stały się spokojniejsze, pewniejsze siebie, dokładnie wiedziały co i kiedy należy robić, z łobuzów grasujących po zakamarkach Rzymu, stały się dobrze ułożonymi dziećmi, które same wiedzą co jest właściwe, a co nie. Samodzielność przyniosła z sobą samodyscyplinę, o której nikt w przypadku tych dzieci nie śmiał dotąd nawet marzyć. Stąd też, jeśli ktoś mi mówi, że pedagogika Montessori nie jest dla wszystkich dzieci, a jedynie dla tych uzdolnionych, mam ochotę głośno się roześmiać. Bo przecież skoro dzieci z absolutnych nizin społecznych były pionierami Montessori, to znaczy, że każde, dosłownie każde dziecko odnajdzie się w tym środowisku.

Casa dei bambini, czyli Domy dziecięce zaczęły wyrastać w Rzymie niczym grzyby po deszczu, a o Montessori pisano coraz więcej i było o niej coraz głośniej. Historia jej życia jest niezwykle fascynująca, chociażby z perspektywy kobiety nieustannie walczącej o niezależność, tak swoją, jak kobiet w ogólności i oczywiście dzieci. Zachęcam do przeczytania obszerniejszej biografii Marii Montessori, z której dowiecie się np. co robiła w Indiach, skąd się tam wzięła i co miała wspólnego z Gandhim, a także czemu Mussoliniemu nie podobała się jej pedagogika i dlaczego dopóki żyła nikt poza nią nie mógł przeprowadzać warsztatów i kursów uczących jej metody (zdradzę, że to była naprawdę bardzo apodyktyczna kobieta).

Główne założenia pedagogiki Montessori

Mam nadzieję, że jeszcze ze mną jesteście i nie umarliście z nudów w trakcie lektury (choć według mnie ta historia jest naprawdę fascynująca). Przechodzimy bowiem wreszcie do meritum całej sprawy, czyli podstaw pedagogiki stworzonej przez Marię Montessori. Należałoby zacząć od tego, że pod koniec życia Montessori pisała o tym, że marzy o powstaniu "lepszego człowieka" (pewnie czujecie już dlaczego Mussolini zainteresował się jej osobą), w jej rozumieniu oznacza to, że pragnęła, by dzieci rozwijały się tak dobrze jak to tylko możliwe i w tym dobrze przygotowanym środowisku uczyły się co to miłość, dobroć, szacunek, by pokazały swoje prawdziwe ja, które według Montessori jest obliczem dobrego człowieka. Często mówi się o tym, że pedagogika Montessori to nauka w służbie pokoju i tak jest w istocie. To co w niej najważniejsze, to ład, harmonia, spokój i miłość do drugiego człowieka oraz do siebie.


Dziecko, które trafia do przedszkola Montessori, a nigdy wcześniej nie miało nic wspólnego z tą pedagogiką, bądź chociażby otoczeniem w tzw. duchu Montessori, jest dzieckiem w chaosie. Znaczy to, że zachowuje się niczym stereotypowy maluch, który nie umie się dłużej skupić na jednej rzeczy, jest rozedrgany, ma wielką potrzebę ruchu i bardzo łatwo się dekoncentruje. Takie dzieci momentalnie tracą zainteresowanie wykonywanym zadaniem, jeśli tylko zobaczą coś ciekawego w innym miejscu (dziecko układające klocki momentalnie je porzuca, jeśli usłyszy np. granie na cymbałkach). Nie mają też pojęcia zbioru, a to oznacza, że wszystko mieszają, przekładają i ogólnie rzecz biorąc robią potworny bałagan. Przy takich dzieciach najlepszym wyjściem jest "wyczyścić" im otoczenie. A przez czyszczenie rozumiem zminimalizowanie bodźców i elementów składowych wszelkich pomocy. Mówiąc po ludzku nie obsypujemy ich zabawkami, bo mówiąc kolokwialnie zgłupieją i dostaną małpiego rozumu. Takie dzieci powinny mieć kilka zabawek na półce i to w dodatku zabawek, które mają jedną trudność na raz (tzn. nie błyszczą, grają i tańczą jednocześnie). Maluchom w wieku 2-3 latka dajemy trzy może cztery książeczki na półkę (inaczej książki będą rozrzucane i bezlitośnie deptane), kładziemy zabawki i pomoce na półkę tak, żeby łatwo mogły po nie sięgnąć i nie musiały niczego przesuwać, żeby je wyjąć. 

Półka w klasie Montessori (źródło: Junemee)

Pomoce powinny przyciągać uwagę, to one w otoczeniu powinny być najciekawsze i najbardziej interesujące. Dlatego w klasach Montessori ściany powinny mieć neutralny kolor (najlepiej jasny), nie powinny się też pojawiać żadne krzykliwe naklejki, plakaty ani malunki. Jak się wejdzie do prawdziwej montessoriańskiej klasy, człowiek ma wrażenie, że jest tam trochę sterylnie, ale to tylko na naszym pułapie, bo na poziomie dzieci dzieje się całe mnóstwo interesujących rzeczy, nie mających często ze sterylnością nic wspólnego. No i właśnie, w klasach Montessori wszystko jest nisko, co oznacza że półki nie sięgają wyżej niż 70cm, każdy jeden element jest na wysokości dzieci, żeby do wszystkiego miały dostęp i mogły być samodzielne.

Wracając jednak do dzieci w chaosie (o dokładnym wyglądzie klasy jeszcze Wam za chwilę opowiem), w pedagogice Montessori głównym zadaniem nauczyciela/rodzica/opiekuna jest zainteresować je pomocami. I tutaj moi kochani wszystkie chwyty są dozwolone! Tworzymy przepiękne półki, pełne rzeczy, od których typowy toddlers (2-3 lata) nie będzie się w stanie oderwać. Tam stoją malusie miseczki, śliczne dzbanuszki, piękne pudełka, niciarki, kolorowe tacki i mnóstwo, mnóstwo szkła, do którego zwykle dzieci dostępu nie mają, albo jest on ograniczony. W klasie Montessori dziecko dostaje jednak wyraźny sygnał "ufam ci, możesz używać szklanych rzeczy, pamiętaj tylko, że o swoje otoczenie trzeba dbać i nie niszczyć pomocy". Ten komunikat krzyczy z każdej półki, a i sami nauczyciele nieustannie powtarzają go w tej czy innej formie. Dziecko w klasie Montessori dostaje ogromny kredyt zaufania i mnóstwo swobody, ale to nadal są ramy wyznaczone przez nauczyciela, nie ma tu samowoli i anarchii, są zasady i w ich obrębie dziecko ma całkowitą swobodę. Taki powiedzmy 2,5 latek będzie z początku chodził, chodził i chodził, zaglądał, badał i macał, będzie ciekawski, to typowa dziecięca cecha. I tę jego ciekawość i dążenie do poznania trzeba wykorzystać. Pokazujemy i zachęcamy, wykorzystujemy naszą wiedzę i obserwację dziecka, tak trochę je wabimy, żeby osiągnąć pewien konkretny cel. Co jest tym celem?

Koncentracja

To jest właśnie jedno z najważniejszych słów w pedagogice Montessori. Kiedy nasz chaotyczny szkrab wreszcie znajdzie to, co go interesuje najbardziej, to co trąca w nim tę mistyczną nutę ciekawości i chęci zbadania, on siada i zaczyna się magia. Zakładam, że dziecko widziało co robi się z daną pomocą (pomoc musi być dziecku wcześniej zaprezentowana z dokładną instrukcją co po kolei należy zrobić). Mamy zatem takiego niespełna trzylatka, który ma przed sobą np. tackę z dwoma miskami i łyżką, w jednej misce są fasolki/kulki/korale/pompony świąteczne, cokolwiek co go właśnie do tej pomocy przyciągnęło. I ten trzylatek bierze łyżkę, nabiera co tam ma dobrego w misce i przesypuje to do drugiej miski. Robi to dopóki wszystkie elementy nie zostaną przeniesione, potem obraca tacę i powtarza czynność i jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze i jeszcze... Dorosły dostałby szału już z pięć razy po drodze, ale dla takiego malucha to najbardziej niezwykła rzecz pod słońcem. Dzieci w tym wieku odczuwają silny przymus powtarzania, to nieodzowny element uczenia się świata, dopiero z czasem ta potrzeba się wygasza. Ile razy mieliście tak, że do snu czytaliście po raz tysięczny tą samą książeczkę? Już w zasadzie nie potrzebowaliście światła, żeby ją czytać, bo znaliście każde słowo na pamięć. I to jest właśnie ten mechanizm, o którym piszę. Żeby się nauczyć, dzieci powtarzają w nieskończoność tę samą czynność. W czasie powtarzania natomiast osiągają ową mityczną koncentrację, której przed czasami Montessori im odmawiano (kiedyś uważano, że psychiczna konstrukcja dziecka uniemożliwia mu skupienie uwagi na dłużej, dokonania Marii Montessori obaliły tę tezę drastycznie i nieodwołalnie).

Poprzez powtarzanie i koncentrowanie się na tej jednej czynności, dziecko osiąga wewnętrzny spokój i z czasem uczy się samokontroli. Dzieci montessoriańskie nie potrzebują nauczyciela, żeby pracować z pomocą, one same tego chcą, same z własnej nieprzymuszonej woli siedzą i się uczą, powiem więcej one kochają się uczyć. Co najlepsze wszyscy ludzie kochają się uczyć, jeśli tylko im na to pozwolić i im to umożliwić. "Każdy człowiek ma potencjał duchowy", że tak przypomnę słowa Antonia Stoppani'ego. Koncentracja, samokontrola, skupienie, kiedy wszystkie te elementy zaistnieją, dziecko wchodzi w tzw. fazę normalizacji. I tu większość z Was pewnie, tak jak i ja, krzywi się z niesmakiem, bo to taka brzydka, ścisła nazwa jest. Ale Montessori tak to nazwała i raczej nie pokuszę się o dyskutowanie z nią. Normalizacja to nic innego jak spokój i harmonia, samozadowolenie i wyciszenie. Czyli to, o czym marzą chyba wszyscy rodzice.

Podsumowując, jeśli przygotujemy dziecku odpowiednie otoczenie, czyli wszystko będzie dla niego dostępne, czyste, estetyczne, piękne, będzie zaspokajać jego wewnętrzne potrzeby (jedni wolą ciąć, inni rysować, a jeszcze inni kleić lub manipulować kluczem w zamku) i wołać do niego z półki, by się tym zainteresował, dziecko będzie próbować pracować z pomocami. Jak zacznie próbować, w końcu trafi na pomoc, która najbardziej do niego przemawia i spędzi przy niej mnóstwo czasu. W ten sposób stopniowo będzie wydłużać czas koncentracji, dzięki temu podniesie się jego samoocena, a za tym podąży także rosnąca samokontrola. Dziecko montessoriańskie jest samodzielne, a rodzic czy nauczyciel ma jedynie za zadanie pomóc mu tą samodzielność osiągnąć.

Nagrody i kary

Temat rzeka, ale co ciekawe już lata temu udowodniono, że system kar i nagród nie działa. Jak wygląda mechanizm, otóż w momencie, w którym otrzymamy karę, nauczymy się, że dane działanie wiąże się z czymś bardzo nieprzyjemnym. Normalną reakcją jest chęć uniknięcia wszystkiego co nieprzyjemne, zatem dziecko nie będzie robić tego, za co zostało ukarane. Ale co się stanie, jeśli z horyzontu zniknie ten ktoś, kto wymierza karę? Pierwsza myśl jest taka, żeby sięgnąć po zakazany owoc, w końcu teraz już nic nam nie grozi. I tak dziecko karane np. za przeklinanie, przestanie przeklinać w obecności rodziców, ale z dala od ich uszu będą się dziać niestworzone rzeczy. Z resztą i my dorośli tak robimy, chociażby jeżdżąc z większą prędkością niż przepisowa, jeśli tylko mamy pewność, że w pobliżu nie ma policji ani fotoradaru. Kara niczego nie zmienia w sposobie myślenia dziecka, ona jedynie modyfikuje jego zachowanie, czyli działa doraźnie, zamiast wyeliminować przyczynę.

No dobrze, kara była w sumie dość prosta, dziś wielu rodziców ma bardzo dużą świadomość tego o czym pisałam wyżej. Ale co z nagrodami? O tym mówi się niewiele, ale pozytywne wzmocnienie ma dokładnie taki sam efekt co negatywne. Kiedy chwalimy dziecko np. za to że pięknie coś narysowało, sprawiamy że jest zadowolone, ale nie dlatego, że rysowanie jest dla niego przyjemne, tylko dlatego, że sprawiło nam radość. Dzieci łakną pochwał, wszyscy łakną pochwał. Problem jedynie w tym, że wysoka potrzeba chwalenia uzależnia nas od innych. Dziecko będzie rysowało dla mamy czy taty, potem będzie dla nich grzeczne i dla nich będzie zdobywało najlepsze oceny. I takie dziecko doskonale wie czego potrzebują i czego chcą rodzice, nie wie tylko czego samo chce, co umie, co sprawia mu przyjemność. Dziecko chwalone, jeśli nie dostanie pochwały, czuje się odtrącone, skrzywdzone i samotne. Często dziecko czuje też rozdźwięk między tym czego dokonało a otrzymaną pochwałą, dzieci nie są głupie, one widzą, że krowa na rysunku niewiele krowę przypomina, a zachwyty typu "Oh jej, jak pięknie, no cudownie narysowałeś, rośnie nam tu mały artysta!", je dezorientują i często rodzą bunt. No bo skoro nie ważne co narysuję i tak to będzie piękne, to w sumie po co ja mam rysować? Tutaj przyda się mały dodatek i moja rada, bo pewnie niektórzy zastanawiają się, jak w takim razie rozmawiać z dzieckiem o tym, co zrobiło. Otóż ja mam na to jeden niezawodny sposób: mówić o faktach. W praktyce wygląda to tak, że widząc rysunek pytam Tosię co narysowała, jak jej się rysowało, czy jest zadowolona z efektu, czasem mówię co mi ten rysunek przypomina, a ona moje wyobrażenia koryguje. Jeśli trudno Wam się przestawić, a z doświadczenia wiem, że to ogromne wyzwanie i bardzo trudna sztuka, na początek można zawsze powiedzieć "Podoba mi się, a co ty myślisz o swojej pracy?". Całe sedno w tym, żeby unikać bezrefleksyjnego zachwytu, pytanie o fakty wiąże się też z tym, że sami bardziej skupiamy się na tym, co dziecko nam pokazuje, dajemy mu tym samym sygnał, że nam na nim zależy i jego praca jest dla nas ważna.

Jak sami już pewnie widzicie, w Montessori, gdzie przykłada się ogromną wagę do samokontroli i wewnątrzsterowności, nie ma miejsca na kary i nagrody. Lepiej wyrzucić wszelkie tablice osiągnięć z wesołymi i smutnymi buźkami, wszelkie naklejki z gwiazdkami i inne serduszka i skupić się na potrzebach dziecka. Kiedy je zaspokoimy (a w tym zawiera się przygotowanie otoczenia i dawanie lekcji, w tym tych o grzeczności, odróżnianiu dobra od zła itd.), możemy być pewni, że dzieci będą chciały robić coraz więcej niesamowitych rzeczy bez naszego namawiania i wiszenia nad głową.

Maria Montessori z dziećmi (źródło: My hero


Jak wygląda otoczenie Montessori?

Nieco wyżej pisałam już trochę na ten temat, ale przypomnę, że w pedagogice Montessori kładzie się ogromny nacisk na to, żeby dziecko było samodzielne. To oznacza, że wszystko musi być dla niego dostępne cały czas, żeby samo mogło wybrać czym aktualnie chce się zajmować. Półki powinny znajdować się na wysokości dziecka, tak żeby zawsze mogło wygodnie zdjąć z nich pomoc, nie odsuwając przy tym miliona innych rzeczy. Każda pomoc powinna mieć swoje jedno konkretne miejsce, tak żeby dziecko zawsze mogło ją tam znaleźć, jak sobie przypomni że np. nawlekanie jest super fajne i dzisiaj mam chęć sobie ponawlekać. Pomoce powinny być przygotowane z pietyzmem i drobiazgowością, powinny być estetyczne i zachęcające wizualnie. Stawiamy na materiały naturalne, takie jak drewno, metal, szkło (plastik jest akceptowalny jeśli tylko jest estetyczny i dobrej jakości - nie rozpada się w rękach). Każda pomoc pomaga dziecku opanować jedną nową umiejętność, to znaczy, że nigdy nie wprowadzamy na raz więcej niż jedną nowość dla dziecka. Jeśli chcemy je nauczyć przelewania, tworzymy do tego pomoc złożoną z dwóch dzbanków i wody (ładność zawrze się w wyglądzie dzbanuszków i np. w kolorowej wodzie). I ogromnie ważna sprawa:

Zawsze testujemy pomoc najpierw na sobie, zanim zaproponujemy ją dziecku!

Od nauczyciela czy rodzica montessoriańskiego wymaga się, żeby przygotował otoczenie i prezentacje dla dziecka idealnie, my musimy wiedzieć i umieć wszystko. Dziecko może już sobie kombinować po swojemu, jeśli tylko nie niszczy pomocy. Ale my musimy być idealni, stąd warto przetestować pomoce i wyeliminować z nich zbędne utrudnienia (ja ostatnio zamieniłam koszyk ze spinaczami na miseczkę, bo spinacze o koszyk bardzo zahaczały i Tosia szybko się zniechęcała do pracy z nimi).

Pomoce na półkach stoją zawsze w punkcie wyjściowym, tzn. swoim wyglądem pokazują dziecku jaki efekt końcowy po pracy z daną pomocą, powinno osiągnąć. Jeśli maluch nam ciągle wszystko miesza (czyli jest w chaosie jeszcze), z uporem maniaka i stoickim spokojem układamy wszystko na miejscu z powrotem. Półki powinny wyglądać nienagannie i to naszym zadaniem jest tego pilnować.

Kąciki

Bardzo ważnym elementem otoczenia montessoriańskiego jest jego uporządkowanie, stąd też z biegiem czasu powstało coś w rodzaju działów czy też zagadnień, które mają swoje odzwierciedlenie w wyglądzie półek. Mamy zatem pięć działów:
  • Życie codzienne
  • Sensoryka
  • Matematyka
  • Język
  • Kultura (Wiedza kosmiczna)
Życie codzienne - to dział, który składa się z samoobsługi, małej motoryki, dbania o otoczenie i grzeczności oraz dobrego wychowania. Dzieci uczą się tutaj jak zadbać o siebie (nabywają umiejętności mycia się, wydmuchiwania nosa, ubierania się, przygotowywania sobie jedzenia gdy są głodne - w klasie Montessori powinien być kącik do zmywania i przygotowywania jedzenia, wiązania butów, zapinania guzików itd.), ćwiczą umiejętności potrzebne później przy nauce pisania (cały dział z małą motoryką, czyli wszelkie prace ze szczypcami, nożyczkami, pęsetami, łyżkami, z przelewaniem, przesypywaniem itd.), a także uczą się dbać o to co je otacza (dzieci montessoriańskie same po sobie sprzątają, pomagają też w sprzątaniu innym, pamiętają o podlewaniu i pielęgnacji kwiatów, czyszczą buty i ubrania, szorują podłogę i stoliki, polerują mosiądz i pucują lustra), na koniec w tym dziale zawiera się także nauka zwrotów grzecznościowych i codzienny savoir vivre.


Sensoryka - to mój ulubiony dział, który ma za zadanie pobudzić dziecięce zmysły. Jak to kiedyś ujęto, wszystko co mamy w głowie, najpierw pojawiło się w naszych zmysłach. W tym dziale mamy dużo konkretnych pomocy stworzonych przez samą Marię Montessori, a także jej syna i uczniów. To właśnie w kąciku sensorycznym odnajdziemy słynną montessoriańską różową wieżę, brązowe schody, czerwone belki, cylindry, trójkąty konstrukcyjne i kostkę dwumianową. Ale znajdą się tu także wszelkie masy plastyczne (pucholiny, ciastoliny, plasteliny, ciecz nienewtonowska itd.), wszelkie tajemnicze woreczki, w których schowamy przedmioty o różnych kształtach i fakturach. To tutaj dzieci mogą się bawić w dopasowywanie różnego rodzaju tkanin, mogą parować te same zapachy i smaki, a także dźwięki. To tutaj słuchają muzyki, uczą się rozpoznawać różne instrumenty po dźwięku jaki wydają. A także badają rozmaite kształty, w tym także figury geometryczne i bryły.


Matematyka - niesamowicie obszerny i zajmujący dział. Królowa nauk zajmuje w pedagogice poczesne miejsce, to do zagadnień matematycznych w dużej mierze przygotowywała dzieci Sensoryka. W tym dziale znajdziemy takie pomoce, jak szorstkie cyfry, belki numeryczne, wszelkie materiały z perełkami, wspomnianą wcześniej tablicę Seguina, a także tablice do nauki mnożenia i dzielenia, cyfry z czerwonymi żetonami, a także np. koła ułamkowe.


Język - dział niezwykle ważny dla dzieci, to tutaj poszerzą swój słownik, a także nauczą się czytać i pisać. U Montessori najpierw pojawia się etap nauki pisania liter, dopiero po niej jest ich rozpoznawanie. Stąd też jedną z pierwszych proponowanych tutaj pomocy jest rysowanie liter na piasku (kuweta z drobnym piaskiem i do tego tabliczki z szorstkimi literami). Znajdziemy tu także tzw. ruchomy alfabet, czyli drewniane litery pisane, z których można składać słowa. Dla starszych dzieci jest tu też zestaw z symbolami gramatycznymi i ramki geometryczne. Ale przede wszystkim jest mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo kart trójdzielnych, o których pisałam TUTAJ.


Kultura (Wiedza kosmiczna) - to niezwykle ciekawy dział, w którym dziecko poznaje tajniki geografii, biologii, anatomii i historii. Jest, jak widzicie, bardzo szeroki i pojemny. Na półkach w tym dziale znajdą się zatem globusy, jeden z wodami i lądami (wody są niebieskie, lądy powinny być brązowe i szorstkie) i jeden z kontynentami, każdy w innym kolorze. Znajdziemy tu też mapy świata, poszczególnych kontynentów i krajów. Są flagi i ludziki flagowe. Są polskie symbole narodowe. A także wszelkie puzzle i książeczki z budową roślin, zwierząt, a także człowieka.


Oczywiście nie wyczerpałam tematu. To jedynie wierzchołek góry lodowej, wspaniałej i majestatycznej, która niniejszym zawładnęła moim życiem. W następnej kolejności postaram się Wam opisać najbardziej charakterystyczne pomoce z każdego działu, na Życie codzienne poświęcę pewnie nawet dwa wpisy, bo jest tu sporo do opowiedzenia. W międzyczasie spróbuję też opisać na co zwrócić uwagę szukając przedszkola Montessori, skąd np. wziął się w Montessori trzygodzinny cykl pracy z pomocami i jak powinien być skonstruowany plan dnia, żeby od razu po pierwszym rzucie okiem było wiadomo czy placówka jest montessoriańska tylko z nazwy. Z czasem mam nadzieję uda mi się pokazywać Wam nasze półki, które już się tworzą, przy czym od razu zaznaczam, że ja nasze półki dostosowuję do potrzeb Tosi i nie zawsze pojawią się na nich rzeczy, które zainteresowałyby inne dzieci. Będę też jednak podpowiadać inne pomoce, które co prawda mojej Tosi nie będą pasować, ale może ktoś inny będzie miał na nie chrapkę.

Pracy jest mnóstwo, sami pewnie widzicie, że jest mnie na blogu mniej, a to wszystko przez przeprowadzkę i piętrzące się stosy prac domowych, które muszę wykonać na kurs Montessori. Po nowym roku odpadnie mi jednak jedno zmartwienie, więc może z częstotliwością postów będzie lepiej, bo pokazywać i dzielić się mam czym, to jest pewne! Do przeczytania moi drodzy i mam nadzieję, że zawarta w niniejszym poście wiedza będzie dla Was przydatna.

[edit]
Lektury i filmy, które mogę polecić:
  • "Domy dziecięce" Maria Montessori, wyd. Żak
  • "Z notatek pedagoga Montessori" Paul Epstein, wyd. Impuls
  • "Naucz mnie samodzielności" Maja Pitamic, wyd. Trzy kropki
  • "Basic Montessori. Learning Activities for under-fives" David Gettman
  • "Odkrycie dziecka" Maria Montessori, wyd. Palatum
  • Mini serial "Prawdziwa historia Marii Montessori" CBS
Koniec psot!

8 komentarzy:

  1. Ciekawa i bardzo fascynująca lektura. I znów sprawdza się powiedzenie, że .

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Zawsze i wszędzie, do końca życia można się czegoś nowego nauczyć :)

      Usuń
  3. Dzień dobry,
    świetny artykuł, wszystko fajnie przedstawione i bardzo mnie Pani zachciła do przeczytania biografi Montessori,
    mam pytanie moja córka ma 1,5 roku i chciałabym wprowadzić w domu metodę Montessori, ale nie bardzo wiem od czego zacząć. Córeczka ma zabawki nisko, dostęp do nich (niestety nie bardzo wiem czy zabawki są odpowiednie, m.in. są to: tor zjazdowy, puzzle dwuelementowe, mały pociąg z klocków, jakiś samochodzik, skarobonkę do której wrzuca pieniążki, drewniane kółeczka do nawlekania, oczywiście wszystko jest z naturalnych materiałów) niestety nie wiem do końca czy sa one odpowiednie do jej wieku. Dałam jej też kilka razy fasolę do przesypywania i wodę do przelewania, pierwsze kilka razy wychodziło jej super, ale później zaczeła wylewać i wysypywać wszystko. W kuchni ma specjalny "learning tower", niestety wynajmujemy mieszkanie i nie ma w kuchni miejsca na szafkę dla niej czy miejsce na wodę. Nie wiem czym mogę ją teraz zajmować, większość rzeczy wydaję mi się, że są dla starszych dzieci, czy może mi Pani coś polecić?
    i jeszcze mam pytanie czy zabawy dziadków w uciekanie, chowanie się, ganianie, gdzie dziecko cały czas jest bardzo podniecone może wpływać na ogólną koncentrację i brak chęci zabaw spokojniejszych?

    Pozdrawiam,
    Marta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również czekam na odpowiedź, też mam roczne dziecko i właśnie biorę się za urządzanie pokoju dla niego. Pozdrawiam

      Usuń
    2. Pani Marcie odpowiedziałam na Facebooku, pogadałyśmy sobie chwilę i mam nadzieję, że trochę pomogłam :) Dla pozostałych odpowiem tutaj, że przede wszystkim najważniejsze jest, żeby obserwować dziecko i sprawdzać co lubi, co je fascynuje i tym się posługiwać. Jeśli brzechcze się namiętnie w wodzie, przygotować mu kilka rozwijających zabaw z przelewaniem. Jeśli uwielbia nożyczki, nauczyć je wycinania od podstaw. Jeśli dziecko (jak moja Tosia np.) uwielbia naklejki, rozwinąć pomoce do nauki klejenia. I tak dalej i tak dalej. To samo tyczy się zabawy w chowanego, ona jest niesamowicie rozwijająca tak naprawdę i nie ma w niej nic złego, wręcz przeciwnie. Do tego dodam, że dziadkowie mają swoje prawa i jeśli tylko nie szkodzą zdrowiu dziecka (tu mam na myśli ogromnych ilości słodyczy), to na niektóre rzeczy przymknijmy oko, to potrafi uzdrowić wiele sytuacji.
      W osobnym poście, mam nadzieję już niedługo, pokażę Wam też nasze półki, jak już uda mi się wszystko w nowym domu poustawiać tak, żeby było przyzwoicie, mam nadzieję, że będzie inspirująco i mniej więcej zrozumiecie jaki jest montessoriański zamysł ustawiania pomocy i przygotowywania otoczenia.

      Usuń
  4. Twój post wpisał się w lektury, które aktualnie piętrzą się na moim stosiku. Przymierzam się do zakupu "Odkrycia dziecka", ale dopiero po nowym roku, bo jest dość droga. Interesuje mnie też Katecheza Dobrego Pasterza. Książka czeka, a ja nie mam czasu się za nią zabrać. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja średnio religijna jestem, więc od Katechezy jestem daleko, z resztą w przedszkolach montessoriańskich odchodzi się już raczej od tak silnej indoktrynacji religijnej i tę sferę pozostawia się rodzicom. Ale po tym co czytałam muszę przyznać, że Montessori miała ciekawe spojrzenie na edukację religijną i dla kogoś dla kogo jest to ważny temat, na pewno będzie to ciekawa lektura.
      "Odkrycie dziecka" mam w lekturach na kursie i też poluję, ale ciężko dostać, a jak jest to rzeczywiście droga zaskakująco :o W każdym razie książki napisane przez Montessori warto czytać, bo pisała niesamowitym, niepowtarzalnym językiem, bardzo kwiecistym i obrazowym, czasem przesadnie górnolotnym, ale czyta się ją bardzo przyjemnie. W "Domach dziecięcych" najbardziej zaskakująco jest to, że dokładnie to samo można by napisać dzisiaj, problemy z Włoch z początków XX wieku nadal mają niestety rację bytu w Polsce :/

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)