Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty

29 sierpnia 2016

Domowy teatr


Pół Polski myśli aktualnie głównie o początku roku szkolnego, wyprawce, systemie oświatowym, jego ogólnej beznadziejności i sposobach radzenia sobie ze stresem szkolnym. Temat nas zapewne nie ominie, już czujemy na karku dyszący oddech przedszkola, ale póki nie mamy takiego obowiązku, nie będziemy sobie tym zawracać głowy. My ruszamy w zupełnie innym kierunku, a mianowicie ku kulturze wysokiej, a konkretniej ku teatrowi. Kiedy iść z dzieckiem do teatru i czy w ogóle warto? Na jakie przedstawienie? Jak się przygotować i czy jest to potrzebne? Spróbuję dziś odpowiedzieć na te pytania, albo chociaż ich część, zapraszam.

7 stycznia 2016

12 sekretów: dziecięce sekrety, czyli pierwsze animowane bajki


Grudzień był dla nas szalonym miesiącem pełnym zajęć, odkrywania, wyjazdów i miłych spotkań. Gdzieś mi się zagubił czas i przemknął tak szybko, tak zwinnie, że nawet nie zauważyłam braku notki otwierającej grudniowy temat 12 sekretów... Samego grudniowego wpisu też brak. Wstyd Toczko tak zaniedbać własny projekt! Już się więc naprawiam, wrzucam nasze opracowanie grudniowego wpisu, ale najpierw może przypomnę o co chodzi w projekcie:

9 grudnia 2015

Przygody z książką 3: Niezwykłe przygody latającej myszy


Minęły kolejne dwa tygodnie (kiedy, ja się pytam?!), nadszedł więc czas na post w projekcie Przygody z książką. Po serii postów z DIY, miła jest taka odmiana, a mam Wam dzisiaj do zaprezentowania naprawdę piękną i trochę nostalgiczną książkę. Nadal siedzimy w mysiej tematyce, bo te malutkie gryzonie nieodmiennie sprawiają, że zarówno mnie jak i Tosi mięknie serce. Tym razem zamiast malutkiej przestrzeni pełnej szczegółów, mam dla Was retro rarytas, książkę która wymyka się wszelkim schematom, tak jak jej mała bohaterka.

25 listopada 2015

Przygody z książką 3: Mysi domek


Swój dzisiejszy post chciałam zacząć od kilku słów wstępu dotyczących mojej wielkiej miłości do miniatur. O tej miłości w zasadzie mało kto wie tak naprawdę, ponieważ nigdy nie miałam okazji, by jakikolwiek malutki domek stworzyć czy skompletować z gotowych elementów. Natomiast zawsze, gdy widzę jakieś małe dzieło sztuki, tak dokładne i zachwycająco realistyczne, moje serce bije szybciej i mocniej. Uwielbiam tę niesamowitą szczegółowość, którą prezentują najlepsze miniaturzystki, każdy element wystroju stworzonych przez nie domków zachwyca i jest tego zawsze tak dużo, że doprawdy nie wiadomo na czym zawiesić oko w pierwszej kolejności.
Nie wiem czy wiecie, ale są muzea, w których można obejrzeć domki z różnych epok i tworzone w różnym stylu i nie mówię tu o zmniejszonych zabytkach czy cudach świata, a po prostu o malutkich domkach z malutkimi mebelkami.

23 listopada 2015

Wiewiórki


Na dobry początek ostatniego tygodnia listopada, mam dla Was oto bardzo rudy post, po brzegi wypełniony jednymi z naszych najukochańszych zwierzątek, czyli wiewiórkami. W długi weekend przed 11 listopada, wybraliśmy się do Warszawy, do tosiowej cioci, która mieszka tuż obok Lasu Bielańskiego. Jest to urocze miejsce (nie wnikam co tam się dzieje po zmroku), którego podstawową, jesienną cechą jest prawdziwa mnogość wiewiórek. Jak żyję nie widziałam tyle rudych kitek na raz, w jednym miejscu i to jeszcze tak nawykłych do ludzkiej obecności, że orzeszki brały wprost z naszych rąk. Nie tylko dla Tosi było to niezwykłe i fantastyczne przeżycie, także ja i mój małż byliśmy zachwyceni. Choć wybraliśmy się do lasku całkiem nieprzygotowani, bez jakichkolwiek orzechowych smakołyków, poratowano nas garścią włoskich przysmaków i nauczono jak przywoływać nimi wygłodniałe rudzielce (stukając orzechami o siebie). Piękne to, kiedy zupełnie obcy ludzie, widząc twoje nieogarnięcie, z czystej dobroci serca pomagają, żeby dziecię miało okazję zobaczyć jak wiewióra łapie orzecha i czmycha z nim pod drzewo, żeby sprawdzić, czy zawartość jest niewysuszona. To był dzień, w którym po raz pierwszy poczułam, że powolutku w powietrzu zaczyna unosić się zwiewna świąteczna aura.




Wiewióry to istne wariatki. Biegały po lesie dookoła nas jak szalone, a jak udało im się upolować jakiegoś orzeszka, uciekały pod drzewo, pukały w niego, oskrobywały i badały czy jest soczysty, po czym... zakopywały go w ziemi, tam gdzie stały. Myślę, że były już mocno objedzone tym, co dostawały od spacerowiczów, którymi o poranku obrodziło i chciały zgromadzić zapasy. Tylko czy one znajdą te pojedyncze orzeszki rozsiane po całym parku? Mówi się, że wiewiórki mają słabą pamięć i nie znajdują już swoich zmagazynowanych smakołyków, mnie się wydaje, że rude kitki wcale nie są takie głupie, po prostu ciężko im się czasem dostać zimą do skarbów jesieni. Przynajmniej dzięki temu przyczyniają się do rozsiewu drzew.



O, tu poniżej możecie zobaczyć jak przebiegły wiewiór po obadaniu orzecha zakopuje go pod liśćmi, a kawałek dalej jego wygłodniała koleżanka zjada swoją porcję od razu.





Niesamowicie oglądało nam się wiewiórcze pogonie, przy akompaniamencie wroniego krakania, gdyż wron w Lasku Bielańskim było prawie tyle co wiewiórek. W każdym razie rudewki ganiały się nieustannie, wojując o pierwszeństwo w zdobywaniu orzeszków. Walczyły też z wronami i nam dorosłym niesamowitej rozrywki dostarczyła obserwacja tych drobnych utarczek. Część wiewiórek skupiała się głównie na pozyskiwaniu jedzenia, reszta to były czystej krwi wojowniczki, które z impetem napadały na przebrzydłe ptaszyska. Ich skoki z drzewa na drzewo wyglądały zjawiskowo, podziwialiśmy oboje z małżem na jak duże odległości jest w stanie skoczyć tak małe zwierzątko. Tosię fascynowało głównie to, że można wiewiórce coś dać i ona to weźmie, była tym tak zaaferowana, że dantejskie sceny dziejące się w tle, zupełnie jej nie interesowały.




Niestety nie udało mi się żadnego skoku uwiecznić na filmie, ale mam dla Was krótką filmową relację z szaleńczego pościgu:


I na koniec mały bonus, ponieważ mamy w swoim książkowym zbiorku pewną małą, niepozorną i bardzo wiewiórczą książeczkę, w której zawarto bardzo ciepłą i mądrą historię. Jest idealna do opisania jej pokrótce w tym miejscu.


Księżycowa piłeczka opowiada historię dwóch bardzo samotnych i smutnych istot. Pierwszą jest granatowa, ponura piłeczka, którą nikt w przedszkolu nie chce się bawić, a drugą mała wiewióreczka Basia, której mama musiała iść do pracy i zostawić ją pod opieką przedszkolanki. Powiem szczerze, że obrazek z zapłakaną wiewiórką chwycił mnie za serce, choć w zasadzie nic niezwykłego w nim nie ma. Może to kwestia tego, że nie umiałabym w tej chwili oddać Tosi do żłobka, a gdybym musiała to zrobić, moja rozpacz byłaby zdecydowanie ciężka do przetrwania.



Basia znajduję ponurą piłeczkę i zauważa, że są tak samo smutne, postanawia więc, że pobawią się razem i może dzięki temu będzie im obu raźniej. Tak rodzi się przyjaźń, nagrodzona przez księżyc pięknymi, lśniącymi gwiazdami, które odtąd zdobią zarówno piłeczkę, jak i roześmiane oczy Basi.





Piękna, ciepła i bardzo prosta opowieść, którą Tosia każe sobie bardzo często czytać, identyfikując jednocześnie uczucia bohaterów, co bardzo mnie cieszy. Wie kiedy kto jest smutny, a kiedy wesoły, wie czym się te uczucia objawiają i jak je zidentyfikować. Bardzo lubię książeczki, które pomagają w trudnej nauce dotyczącej emocji, a ostatnio jest to u nas dość ważki temat. Tosia wkracza właśnie w ten moment swojego dzieciństwa, w którym po raz pierwszy doświadcza bardzo silnej potrzeby autonomii, a jednocześnie kompletnie nie wie jak poradzić sobie z uczuciami, które pojawiają się, gdy my musimy tę jej potrzebę nieco ukrócić. Wstępnie powiem, że u nas sprawdza się spokojne mówienie do małej, kiedy wpada w bardzo silną złość graniczącą z histerią, dopytywanie o co jej dokładnie chodzi, badanie tego co ona czuje. Jest nam dość łatwo, bo Tosia dużo mówi i sporo potrafi nam przekazać, zdaje sobie sprawę, że byłoby nam nieporównanie trudniej, gdyby wydawała z siebie jedynie monosylaby. Niemniej rozmowa, spokojny ton głosu i nieustanne przypominanie sobie, że dziecko nie radzi sobie z emocjami i nie robi nam awantury ze złośliwości czy krnąbrności, bardzo pomoże zarówno u mówiącego jak i niemówiącego dziecka. Ten sposób sprawdza się w większości domów i ten też sposób doradzają psychologowie. Myślę, że po Świętach, kiedy gorący czas minie i będę miała chwilę więcej, postaram się Wam bardziej przybliżyć teorie emocji dwulatka i napisać jak sobie radzić z napadami złości. Przede wszystkim jednak napiszę dlaczego uważam, że nie ma czegoś takiego jak słynny "bunt dwulatka". Stay tuned!

Wpis w ramach projektu Mały Przyrodnik:


Koniec psot!

30 października 2015

Bajki przy kominku: Mały robaczek i kłopoty z czasem

Dzięki Pani Rolnik przypomniałam sobie o październikowym temacie Bajek przy kominku! W ostatniej chwili niemalże! Bajkę mam już przygotowaną, trochę z jajem, a trochę z nutą edukacyjną, żeby nie było, trochę natomiast w klimatach Halloweenowych, choć nie będę w niej nikogo straszyć. Zapraszam więc do lektury!


26 września 2015

12 sekretów: poznajemy pajęczynę

Zarówno ja, jak i moja Mysia jesteśmy dziwne. Lubimy robale, lubimy być brudne i skakać po kałużach. Lubimy wyżerać orzechy prosto ze skorupki, bo takie świeże najłatwiej obedrzeć z gorzkiej skórki. Lubimy wynajdywać w trawie puste ślimacze muszelki, gmerać w opadłych liściach i wyławiać z błota szyszki, bo te ponoć najlepiej smakują Cynamonowi. Nie przejmujemy się tym, że wokół nas panuje bałagan, że czasem jest nie poodkurzane albo zlew w kuchni wygląda jak pole bitwy morskiej. I te właśnie dziwactwa nasze przyniosły pajęczy temat wrześniowych sekretów i poniosły go na swoich skrzydłach, najpierw do oplecionej siecią skrzynki ze skarbami Babiego lata, później do stołu, gdzie mogłyśmy spróbować tego, co udało nam się upolować. Następnie ruszyłyśmy na kolejne polowanie, tym razem na piórkowe muchy. Zapraszam Was dziś na małą relację z naszych podbojów i realizację bardzo włochatego tematu z dużą ilością nóg, nićmi rozwieszonymi na drzewach i powoli żółknącymi liśćmi.

Jeśli ktoś ma chęć zapoznać się bliżej z projektem oraz poznać blogi i posty biorące udział w projekcie, zapraszam do pierwszego posta KLIK. Do udziału zapraszam wszystkich chętnych, tych doświadczonych i tych nie czujących się jeszcze swobodnie w blogowym świecie, kreatywnych i tych, którzy dopiero się tego uczą na nowo (szkoła w wielu z nas niestety zabiła kreatywność, robimy teraz wszystko, by ją pobudzić na nowo!). Postaram się zrobić wszystko, żeby projekt był inspirujący i ciekawy, już po zamieszczanych na blogach, biorących udział w wyzwaniu, postach widać ogrom radości, weny twórczej i niczym nieskrępowanej wyobraźni, które ze sobą niesie.


Tak naprawdę podróż do krainy Babiego lata zaczęłyśmy od kilku spacerów po lesie. Chciałam Tosi pokazać jak wyglądają pajęczyny, że się czepiają ubrań i rąk, a czasem twarzy. Szukałyśmy także liści, szyszek, orzechów i żołędzi, które dla mnie od zawsze były symbolami zabaw schyłku września.







Mając już spore podstawy i mnóstwo przewędrowanych, jesiennych szlaków, mogłyśmy przystąpić do zabaw domowych. Na pierwszy ogień poszło pudełko sensoryczne z pewną modyfikacją, specjalnie w ramach projektu. Modyfikacja stanowiła dla Myszki spore utrudnienie, by dorwać się do jesiennych skarbów, ale i mnóstwo radości z przedzierania się przez sznurki. Dzięki temu Tosia dowiedziała się jak ciężko przedrzeć się przez pajęczą sieć, pierwsza ważna rzecz o pajęczynie odhaczona.
Co zatem wymyśliła okrutna matka? Ano wyciągnęła z głębin magazynu skrzynkę z ażurowymi ściankami, chwyciła za szpagat i nożyce, po czym przystąpiła do konstruowania pajęczej sieci.





Wyszło niczego sobie, ale zawiązując kolejne pęczki, zaczęłam doceniać ile pracy wkłada pająk w stworzenie swojej pięknej pułapki. Tosia towarzyszyła mi twardo od początku do końca, z małą przerwą na przebranie się z mokrych ubrań... Nie pytajcie.
Następnie z niemałym trudem, wcisnęłam wszystkie znalezione w lesie i w kuchennym koszyku skarby do skrzynki pod pajęczyny. Poza upolowanymi w lesie liśćmi wrzuciłam jeszcze kilka szyszek i orzechów oraz upolowaną na podwórku pustą muszlę ślimaka. Do tego dwie gruszki i dwa jabłka oraz miseczkę rodzynek i słonecznika (zarówno suszenie winogron, jak i skubanie słonecznika są dla mnie nieodłączną częścią Babiego lata). W skrzynce znalazło się więc nasze drugie śniadanie, niech Was zatem nie dziwi to, jak mocno dopingowałam Myszę, żeby udało jej się wyciągnąć ze skrzynki coś dobrego!





Nie pozostało nam nic innego jak wypróbować stworzone dzieło, co było o tyle trudne, że wokół nas nieustannie brykał Cynamon, domagając się wyciągnięcia ze skrzynki kolejnych szyszek.





















Na koniec nasze zdobycze skonsumowałyśmy wspólnie, w ramach drugiego śniadania, po tak ciężkiej pracy, smakowało wyśmienicie! Z resztą na zdjęciach widać tę ekstazę na twarzy w czasie smakowania (nie to nie jest przysypianie przy posiłku :P ).






Postanowiłam też przybliżyć Tosi nieco zasadę działania pajęczyny, dlatego rozkleiłam w drzwiach wejściowych do pokoju pajęczynę z taśmy klejącej, w którą łapałyśmy piórkowe muchy. Przy okazji można ze starszakami poćwiczyć logopedycznie przedmuchiwanie piórek przez pajęczynę tak, żeby nie wpadły w nią. Tosię ten sposób nie przekonał, wolała zdecydowanie po prostu przykleić piórkowe muchy własnoręcznie, żeby czasem nie przemknęły przez szpary w pajęczynie. Dzięki tej zabawie, młoda adeptka entomologii dowiedziała się jak lepka jest pajęczyna i kolejna lekcja za nami.












Świetną zabawą było też przechodzenie pod pajęczyną, żeby w nią nie wpaść. Myślę, że pokusimy się też o rozklejenie pajęczyny w korytarzu i mały pajęczy tor przeszkód, ale musimy poczekać aż babcia nie będzie widzieć co robimy ;)





W zabawie wziął też udział tata, bo Tosi się nie odmawia :)


A na koniec mama zdjęła pajęczynę całą sobą (szkoda, że nie miałam jak zrobić zdjęcia swojej oblepionej osoby), po czym zwinęła ją w efektowny kokon i podarowała córce, by ta przykleiła ją gdzie tylko będzie chciała.


A na koniec coś specjalnego. Napisałam opowiadanie o Babim lecie i cieple, łącząc w ten sposób swój projekt z projektem Bajki przy kominku, stworzonym przez Monikę z bloga Były sobie świnki trzy. Projekt jest naprawdę piękny i zbiera w jednym miejscu przeurocze, ciepłe historie.
Bohaterką mojej bajki jest mała Inka, mieszkająca w Dolinie Jesieni. Dziewczynka jest bystra i ciekawska, ale też w gorącej wodzie kompana, przez co czasem wpada w kłopoty, tak jak i tym razem. Z bajki o Ince i Babim lecie Tosia dowiedziała się, co się dzieje kiedy mucha wpadnie w pajęczą sieć. Niestety w związku ze sporym natłokiem zajęć, nie dałyśmy już rady stworzyć naszego własnego kokonu z muchą w środku, ale nadrobimy już poza projektem. W każdym razie zapraszam do lektury naszej bajki!


 
Inka z Doliny Jesieni


Babie lato

Inka najbardziej lubiła te dni w roku, w których ciepło mieszało się z chłodem. Lubiła chmury i wyglądające zza nich słońce. Lubiła wiatr tarmoszący włosy i błotniste kałuże, w których znikały jej czerwone kalosze.
Mama powiedziała jej, że ten czas w roku nazywany jest Babim latem, bo łąkę za miasteczkiem, obsypywały wtedy srebrzyste pajęcze nici, na których nie raz perliły się krople rosy, jak paciorki w naszyjniku babci. Inka często chadzała w tamte okolice i podziwiała małe dzieła sztuki stworzone przez naturę. Lubiła muskać palcami delikatne nitki, ale zawsze uważała, żeby ich nie zerwać. Promienie ciepłego słońca i wiatr sprawiały, że niektóre krzaczki wyglądały jak ubrane w białe suknie panny młode, idące przez łąkę do kościoła.
W taki właśnie wrześniowy dzień, Inka zerwała się wcześnie rano, obudzona przyjemnym ciepełkiem głaszczącym ją po twarzy. To słońce witało się z nią zaglądając przez okno. Ubrała się szybko w to, co miała pod ręką, chwyciła w locie kanapki przygotowane przez mamę i wybiegła z domu. Mama nie zdążyła powiedzieć nawet słowa. Często tak bywało w sobotnie poranki, taki ich mały rytuał. Tym razem jednak mama mocno się zmartwiła, bo choć słońce grzało mocno, to jednocześnie wiał zimny, jesienny wiatr, a dziewczynka nie zabrała ani kurtki, ani czapki, ani komina na szyję.

Inka biegła przez ulicę Klonową, na której mieszkali, przeskakiwała przez niskie, ozdobne płotki i biegła chodnikiem przed siebie, chwytając w płuca chłodne powietrze. Mijała opatulonych kurtkami i płaszczami sąsiadów, owiązane szalikami koleżanki ze szkoły i biegła dalej, a krótka spódniczka furkotała wokół jej nóg. Biegła na łąkę, gdzie chciała dziś poszukać skarbów Babiego Lata.


Poprzedniego dnia sporo rozmawiała z mamą na temat lata i jesieni, po tym jak w książce natrafiła na fragment opisujący właśnie cieniutkie niteczki Babiego lata. Mama wytłumaczyła jej, że to naprawdę bardzo niezwykły czas w roku, skrywający mnóstwo tajemnic i pięknych sekretów. Nigdy nie zastanawiała się nad tym aż tak bardzo, ale tego dnia postanowiła sobie, że zgłębi je wszystkie, pochwyci, przytuli i już nie wypuści.
Przebiegła przez miasteczko niczym huragan i wpadła na łąkę z prędkością małej wyścigówki, ledwo wyhamowała przed wielkim dębem, który od dekad rósł na samym jej środku i padła na lekko wilgotną trawę. Było bardzo wcześnie, poranna rosa najwidoczniej jeszcze nie wyschła. Ince to jednak zupełnie nie przeszkadzało.
Zerwała się z miejsca i zaczęła hasać między kępami żółknącej trawy. Zgarnęła garść żołędzi i pobiegła bliżej lasu, gdzie rósł wielki kasztanowiec, a kawałek dalej leszczyna i orzech włoski. Spod każdego z tych drzew skubnęła po trochu ich owoców i wsypała je wszystkie razem do uniesionej spódniczki, jak do koszyczka.

Ukryła się za pniem starego dębu i wysypała wszystkie skarby na wymoszczoną wcześniej trawę. Cała była już lekko przemoczona i umorusana, ale za to bardzo zadowolona ze zdobyczy. Ułożyła z orzechów zgrabny stosik i rozejrzała się za czymś, w co mogłaby je włożyć, żeby zanieść do domu. Nie znalazła niczego, ale jej uwagę zwrócił krzak, cały oplątany białą pajęczyną. Podpełzła nieco bliżej i poszukała wzrokiem pająka. Był tam, krył się między liśćmi, wielki i brązowy jak kora drzewa, z włochatymi nogami i wyłupiastymi oczami. Czekał cierpliwie, aż w jego pajęczynę wpadnie jakaś smakowita zdobycz. Inka z fascynacją zaczęła go obserwować, zapominając o orzechach, mokrej trawie, wietrze i w ogóle całym świecie.
Tkwiła pod dębem, ukryta między krzakami, przez ponad godzinę, z zapartym tchem patrząc jak jakaś niewielka muszka wpada w sieć, a po chwili znika w białym kokonie z pajęczej nici. Wiatr wzmagał się tymczasem coraz bardziej, przywiewając ciemne chmury, które zakryły jasne słońce. Dopiero kiedy wokół zrobiło się ciemno, a wiatr zaczął szarpać jej ubraniem i krzakiem, na którym siedział pająk, Inka zorientowała się, że jest jej przeraźliwie wręcz zimno. Upchnęła zdobyte na początku wyprawy orzechy po kieszeniach, skurczyła się, próbując zachować jak najwięcej ciepła i ruszyła pędem do domu.

Tym razem droga była trudniejsza, wiatr wiał jej prosto w twarz i nie pozwalał biec. Ulice w Dolinie Jesieni też były jakoś dziwnie puste. Z trudem przebrnęła przez ulicę Małego Dębu i Żółtych Liści, czując jak szczękają jej zęby i cała drży. Ziąb był tak przejmujący, jakby chciał ją pokąsać i zjeść. Była już naprawdę blisko domu, wkroczyła właśnie na ulicę Klonową, kiedy lunął deszcz. Momentalnie przemokła do suchej nitki i tak wpadła za drzwi domu.
Kiedy mama wyszła z kuchni, ujrzała swoją małą córeczkę siną z zimna, stojącą w ogromnej kałuży wody, z włosami oblepiającymi całą twarz i smutną miną mówiącą błagalnie „ratunku”. Mama zawsze wiedziała co należy zrobić. Szybko ściągnęła z dziewczynki mokre ubranie i dokładnie wytarła ją ręcznikiem. Potem założyły wspólnie suchy dres i na zziębnięte stopy Inki wcisnęły puchate skarpetki. Owinięta szczelnie w koc, zasiadła przed kominkiem, w którym radośnie palił się ogień.
Po chwili po domu rozniósł się cudowny zapach domowego ciasta, a mama wniosła tacę z kubkami parującej herbaty i ciastkami na pociechę.
- Na drugi raz pamiętaj malutka, że jesień bywa zwodnicza. Choć rano przez okno zagląda słońce, a twarz grzeją ciepłe promienie, to jednak szybko może zrobić się zimno. Jesienią musisz pamiętać, żeby mieć przy sobie czapkę i szalik, albo chociaż jakiś ciepły sweter czy kurtkę.
Po tych słowach mama pocałowała Inkę w czubek wystającego z koca noska i wgryzła się w pięknie pachnące, cynamonowe ciasteczko.


Zajrzycie na blog Był sobie świnki trzy... i poczytajcie bajki, jakie napisały inne blogerki, na pewno zrobi się Wam od nich cieplutko na sercu :)


Koniec psot!