Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

27 września 2016

Zupa cebulowa, idealna na jesień


Ci z Was, którym zdarza się zaglądać na naszą Facebookową stronę, zapewne wiedzą już, że przyplątało się do Tosi lekkie przeziębienie, czyli katar i ogólne rozbicie trwające cały jeden dzień. Dziś już w zasadzie objawów brak, wczoraj jeszcze dziecię moje trochę smarkało, zaaplikowaliśmy jej więc dwa najlepsze lekarstwa na katar jakie zna ludzkość. Po pierwsze spacer w ciepłym, jesiennym słońcu, z najlepszym przyjacielem u boku.

5 września 2016

Sernik na zimno


Jakoś tak ponuro i smutno ostatnio, nieco mgliście i tak trochę popadało nawet (pozdrawiam Warszawę!). Jesień czuć w powietrzu, choć wokół snują się jeszcze ostatnie nitki lata. My, na przekór wszystkiemu, wybrałyśmy się wczoraj razem z Cynamonem na spacer po kałużach. Wróciliśmy oczywiście cali mokrzy, bo deszcz złapał nas w połowie drogi powrotnej (no i niektórzy tak szaleńczo skakali po błocku i wodzie, że mieli kompletnie przemoczone skarpetki i nie mówię tu o Cynamonie). Po takiej wyprawie najlepiej posilić się czymś smakowitym, dającym zastrzyk energii, co pasuje do ciepłej herbatki albo kakaa. Mam zatem dla Was idealny przepis na coś szybkiego i prostego bez pieczenia.

2 sierpnia 2016

Jajko w kokilce


Niech ten tytuł Was nie zmyli, tym razem nie chodzi o eksperyment, na ten musicie poczekać jak zwykle ostatnio do piątku. Tym razem mam dla Was świetną i prościutką propozycję śniadaniową, która nieco ożywi dość trywialne jajo. Klikajcie, przyrządzajcie, pieczcie i wcinajcie na zdrowie!

21 lipca 2016

Krem czekoladowy z awokado


Posłodzimy sobie troszkę? Mam dzisiaj dla Was prawdziwy rarytas i bombę witaminową w jednym, brzmi dobrze, prawda? Przyznam się, że nie przepadam za awokado, smakuje dla mi jak takie nieco oślizgłe i zmiażdżone pestki dyni. Do samych pestek nic nie mam, ale też nie jestem jakąś wielką fanką. No więc szkoda wielka, bo awokado to prawdziwa skarbnica witamin i np. zimą potrafi uratować życie. Zaczęłam więc kombinować, jakby tu to awokado nieco uzdatnić do jedzenia. Szukałam różnych smaków i mam kilka ciekawych i smakowitych propozycji, ale zacznę od tej absolutnie najlepszej. Przed Wami krem czekoladowy, który z powodzeniem mógłby konkurować w smaku z ciemną częścią Monte - to chyba brzmi jeszcze lepiej!

18 lipca 2016

Wyśmienite curry


Jak Wam się podobają kulinaria przetykane książkami i czasem umaczane w szybkiej, kreatywnej zabawie dla malucha? Mam nadzieję, że jak przetrwamy tegoroczne wakacje, to będzie już tylko luźniej i swobodniej, a na razie dzielę się tym, co robić trzeba, czy człowiek zapracowany od rana do nocy czy leżący do góry brzuchem. Czyli dobrym jedzeniem!

6 lipca 2016

Szpinakowa rozpusta + kilka naszych zasad żywienia dziecka


Tak wiem, znowu będzie o jedzeniu. Ale tym razem jeszcze inaczej, bo domowo i na wytrawnie z jednym z naszych ulubionych warzyw w roli głównej. Jednocześnie obiecuję, że w przyszłym tygodniu będzie więcej książek i fajnych propozycji zabawek plus w niedługiej przyszłości szykuję dla Was konkurs z fajną nagrodą. Mam nadzieję, że w ten sposób nieco osłodziłam Wam wizyty na blogu, bo dzisiaj post absolutnie bezcukrowy i obrzydliwie zdrowy.

4 lipca 2016

Głodne dziecko: Tajska restauracja Hot spoon w Łodzi


Od jakiegoś czasu pytam wciąż siebie, dlaczego czasu nie da się rozciągnąć? Jakby to było miło czasem wydłużyć sobie leniwy wieczór w domowym zaciszu, a skrócić do minimum czekanie w kolejce do lekarza! Albo na przykład dodać sobie kilka godzin w czasie dnia, kiedy potomka śpi i można napisać na przykład post albo przygotować jakieś materiały do zabaw (tylko przy okazji przydałoby się coś w stylu okruszków siły, żeby przy tym nie zasnąć).
Nawiedziły mnie tego typu przemyślenia, ponieważ pomiędzy jeżdżeniem za próbnikami farb a noszeniem szczap porąbanego drewna i kupowaniem cegieł, niewiele jest czasu na cokolwiek. A jak już uskubie się chwilę wieczorem, to nagle okazuje się, że człowiek zasypia z czołem przyklejonym do laptopa, ośliniając sobie paskudnie klawiaturę. W związku z tym dziś mało kreatywnie, za to niezwykle smakowicie, sami z resztą się przekonajcie.

27 czerwca 2016

Domowa "nutella" z daktyli


Są takie dni, kiedy człowiek najchętniej pożarłby w całości tabliczkę czekolady, albo i dwie.
Są takie dni, kiedy przemożna chcica na „coś słodkiego” albo „małe Conieco” opanowuje już nie tylko cały nasz umysł, ale i każdą komórkę naszego ciała.
Są takie dni, które w całości spędzamy na dworze, grzebiąc się po czubek głowy w śniegu, a potem wracamy do domu przemarznięci i przydałoby się coś pysznego na ząb do ciepłej herbaty.
Są takie dni, w których najchętniej zapomnielibyśmy o zdrowej diecie, bo z półki sklepowej kusi piękny słoiczek z orzechami na etykietce.
Nie martwcie się, dzisiejszym przepisem poratuję was słoiczkiem pyszności, która spokojnie zastąpi dwie tabliczki czekolady, będzie wspaniałym „małym Conieco” dla najbardziej nawet wybrednych Kubusiów, wspaniale będzie się komponować z herbatą i wreszcie, będzie zdrowa i pyszna!

27 maja 2016

Domowe sorbety

 

Mnóstwo pracy, całe garście radości i prawdziwe góry pysznych smaków, pod takim znakiem upłynął mi ostatni tydzień. Zrobiłam sporo testów, posprawdzałam co jak smakuje, gdzie dosładzacz jest konieczny, a gdzie owoce dają radę bez niego (zawsze trzeba ich najpierw spróbować, bo może się okazać, że są mniej słodkie niż zwykle i wtedy coś słodzącego do sorbetu się przyda). Gdzie pasuje banan, a gdzie nie, bo w świecie deserów banan jest bardzo ważnym owocem ;) Wyszedł mi z tego całkiem pokaźnych rozmiarów eksperyment kulinarny, który od dłuższego czasu błądził po mojej głowie. A zatem do dzieła, mam nadzieję, że Wam się ten post spodoba i przyda!

25 maja 2016

Domowe lody (bez maszyny)


Dziś mam dla Was coś naprawdę specjalnego. Robi się coraz cieplej, za chwilę Dzień Dziecka i gorące lato (miejmy nadzieję, że mniej upalne niż trzy poprzednie). Przy takiej okazji pojawia się chęć na lody, bo któż nie lubi lodów?! Dla każdego znajdzie się odpowiedni smak, w końcu mamy tak wiele cudownych smaków i połączeń. Dlatego zanim nastąpią prawdziwie letnie dni (które już czuć w powietrzu), proponuję nauczyć się wytwarzać domowe lody! I to bez maszyny!
Poniższy post jest kompilacją tego, co znajduje się na moim blogu kulinarnym, pomyślałam jednak, że fajnie będzie to wszystko zebrać tutaj w całość. W najbliższych dniach wrzucę Wam także całą listę przepisów na domowe sorbety ;)

23 marca 2016

Przygody z książką 4: Kastor


Minął kolejny miesiąc i czas najwyższy na jakiś przyjemny post w ramach Przygód z książką! Nadal pozostajemy w szwedzkich klimatach, ale dziś chciałam Wam zaproponować coś znacznie mniej abstrakcyjnego niż ostatnio. Mam dla Was coś bardzo smakowitego, w towarzystwie uroczego gryzonia, którego zdążyliście już troszkę poznać przy okazji fasolowego wpisu KLIK. Zapraszam na nasze dalsze przygody z tą niesamowicie sympatyczną i przyjemną serią!

12 marca 2016

Mali podróżnicy: Filipiny, czyli małpia gra


Ze sporym poślizgiem, ale jest, dotarłyśmy na Filipiny i chwilę udało nam się tam posiedzieć, dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy o tym azjatyckim kraju, a nawet stworzyć grę oraz pakiet zadań w filipińskim klimacie. Zahaczyłyśmy też o Tajlandię, jako że tam również występują te same zwierzęta, co na Filipinach oraz przepiękny i niezwykle bogaty w niezwykłą roślinność las deszczowy. Zapraszam Was w podróż do tego niezwykłego zakątka świata, gdzie czasem ciężko się oddycha i jest niebezpiecznie, ale jednocześnie tak pięknie, że chciałoby się tam kiedyś zawitać.

2 listopada 2015

12 sekretów: Pan Triceratops

 

Zawsze musi być ten pierwszy raz, Tosia po raz pierwszy spotkała się z tematem dinozaurów, ja po raz pierwszy miałam blogowy poślizg z postem projektowym do 12 sekretów. Cóż, chciałam jednak żeby wszystko co zrobiłyśmy się tutaj pojawiło, a nie przewidziałam, że masa solna będzie mi schnąć prawie dwa tygodnie... A i tak nie doschła do końca, co można zobaczyć na zdjęciach z wykluwania się dinozaura z jaja, w głębszych warstwach została taka śmieszna guma, która w sumie też była ok.
Zacznijmy zatem opis naszych październikowych zabaw z prehistorią, jako że Toś nie miała jeszcze kompletnie styczności z tym tematem, postanowiłam pokazać jej dość standardowo dinozaury. A w szczególności pewnego jednego, konkretnego dinozaura, którego sama uwielbiam. Jako dziecko nie byłam jakąś szczególną fanką dinusiów, nie przypominam sobie żebym marzyła o książkach i próbowała dogrzebywać się do informacji o nich (co zdarzyło się w temacie owadów na przykład). Natomiast uwielbiałam Triceratopsy. Nie mam zielonego pojęcia skąd wzięła mi się ta miłość, ale do tej pory uwielbiam tego wielkiego stwora z przeszłości. Mój parapet w pokoju był domem dla pewnego Triceratopsa i jak się okazało po małych poszukiwaniach, jego figurka nadal u nas jest i stała się zaczątkiem naszej dinozaurowej przygody.

28 września 2015

Dziecko na warsztat III #1: W zielonym jej do twarzy!


Z ogromną przyjemnością zaczynamy naszą przygodę z Dzieckiem na warsztat III! Ta wspaniała inicjatywa powstała dwa lata temu i od tamtego jest niewyczerpanym źródłem pomysłów i inspiracji na zabawy z dziećmi. Zabawy tematyczne, edukacyjne, rozwijające i niesamowicie przyjemne zarówno dla dzieci jak i dla rodziców.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam posty z pierwszej edycji projektu na blogu o małej Zosi KLIK, od razu się w nim zakochałam. Tyle możliwości, tak wspaniała rzesza cudownych dziewczyn, które wraz ze swoimi potomkami zdobywają świat, a jakże! Bardzo chciałam wziąć udział w drugiej edycji, ale IGranie powstało za późno, żeby do niej dołączyć. Ale udało się w końcu i jesteśmy w trzeciej edycji, co mnie niepomiernie cieszy!
Seria tematów warsztatowych rozpoczęła się, jak dla nowicjuszki, raczej ciężko, bo od tematu dowolnego, a to dla każdej zielonej gąski będzie trudne. A skoro mowa o byciu w czymś zielonym, doszłam do wniosku, że tak powinnyśmy z Tosią zacząć, podkreślimy jak bardzo jesteśmy nowe w projekcie, zgłębiając tajniki koloru ZIELONEGO!
Tosia jest jeszcze malutka, nie ogarnia wielu rzeczy, za to jest bardzo ciekawska i właśnie wkracza w etap, na którym zaczyna rozróżniać kolory i bez trudu sortuje rzeczy pod tym względem. Ma jednak nadal duże problemy z nazwaniem koloru, często jej się mylą, albo wytraca impet po kolejnej porażce.
Dlatego bardzo fajnym sposobem, na zaznajomienie dziecka z kolorami, jest skupienie się na jednym i omawianie go powoli, zalewając malucha pozytywnymi emocjami z nim związanymi. Można zrobić dzień koloru, w którym nasze ubrania, nasze jedzenie i zabawki będą np. zielone. Albo można sobie dozować przyjemność, tak jak my to zrobiłyśmy, nurzając się w zielonym przez cały miesiąc. Pozostałe kolory zostawiłyśmy na razie w spokoju, pojawiały się sporadycznie w spontanicznej zabawie. Co zatem udało nam się zrobić i od czego zaczęłyśmy?

1. Spacer w zielonym




Najpierw ruszyłyśmy wraz z tatą w las. Ponieważ nie ma nic bardziej zielonego od trawy i liści, szczególnie że mamy właśnie Babie lato i to ostatni czas na oglądanie lasów i łąk w zielonej szacie. Za chwilę wszystko stanie się żółte, czerwone albo brązowe, a zieleń pójdzie w odstawkę (swoją drogą jesień to świetny czas na naukę i zabawę kolorami).
Biegaliśmy więc po zielonym, dotykaliśmy zielonego, sprawdzaliśmy co zielone ma w środku, a nawet zebraliśmy trochę zielonego do późniejszych eksperymentów. Poniżej krótka fotorelacja z naszych wypraw, bo oczywiście nie skończyło się na jednej.







Przy okazji znaleźliśmy też ambonę myśliwską.


I nazbieraliśmy trochę skarbów, na tak zwane potem.


Innym razem natomiast, dorwałyśmy się do orzecha na naszym własnym, przyszłym podwórku i Tosia dowiedziała się, skąd biorą się orzechy, że mają zieloną łupinkę, która je chroni i pozwala urosnąć.







Nie omieszkałyśmy także pomacać kolor zielony, sprawdzić czy liść da się urwać, zmiędlić i podzielić na mniejsze części. Macałyśmy też włochatą trawę i bardzo przyjemny, kocykowy mech, niezapomniane doznanie sensoryczne.




2. Zielony ryż

Do domu wróciłyśmy z naręczem pięknych liści i kieszeniami pełnymi orzechów i żołędzi. Trzeba je było jakoś spożytkować, zatem wymyśliłam sobie, że zrobimy wspólnie zielone, podwórkowe pudełko sensoryczne, bardzo szeleszczące, bijące po oczach odpowiednim kolorem i ciekawe w dotyku.
Zanim jednak przeszłyśmy do tworzenia całości, musiałyśmy się odpowiednio przygotować, w tym zrobić sobie zielony ryż, który urozmaici nasze pudełko wizualnie.
Do zrobienia kolorowego ryżu nie trzeba wiele, wystarczy:





- ryż
- woda
- spirytus
- barwnik spożywczy
- jednorazowa miseczka
- papier toaletowy







Kroplę barwnika (u nas bardzo gęsty w żelu), rozpuszczamy w 1/4 szklanki wody z kieliszkiem spirytusu. My niestety nie znaleźliśmy u siebie spirytusu, zatem barwnik wylądował w wódce. Alkohol jest nam potrzebny w tym przepisie po to, by zabarwiony ryż nie farbował wszystkiego dookoła, a kolor żeby był ładny i trwały. Działa.



Do przerzucania ryżu można zatrudnić swojego prywatnego, małego Kopciuszka i będzie jeszcze z tego nieziemsko zadowolony.





Tak wyglądał nasz ryż po dokładnym przemieszaniu i rozprowadzeniu koloru. Teraz pozostawało tylko odstawić go w ustronne miejsce, żeby wysechł i nieco wywietrzał.


3. Podwórkowe pudełko sensoryczne

Mając bazę dla naszego pudełka, mogłyśmy przystąpić do działania i wtedy okazało się, że będziemy miały towarzystwo. Dołączył do nas brat cioteczny Tosi, dwuletni Dominik, któremu choć z początku był bardzo niepewny i nieśmiały, pudełko ogromnie przypadło do gustu i nie chciał się z nim rozstać (zabrał je do domu, a babcia prawie dostała zawału, kiedy postawił je na dywanie, chyba wiem jakie miała wizje).
W każdym razie najpierw rozstawiłam dzieciakom kilka miseczek i pudło z czystym ryżem na małym podeście. W miseczkach znalazły się różne zebrane przez nas w lesie skarby, takie jak liście suche i liście świeże, orzechy, żołędzie, szyszki oraz pokolorowany dzień wcześniej ryż.
Dzieci przystąpiły zatem do działania, a ja jedynie skakałam wokół nich z aparatem, cykając od czasu do czasu fotki i nie ingerując w zasadzie w to, co robiły.










Pod koniec dzieciaki dostały też pajęczynowe pudełko do zabawy, o którym więcej możecie poczytać TUTAJ.





4. Odcienie zielonego

Reszta zabaw odbyła się już w domu. Zaczęłyśmy od tego, że zielony ma wiele odcieni, czego Tosia nauczyła się częściowo w lesie, patrząc na rozmaite liście, których kolor konsekwentnie nazywałam zielonym, mimo że były jasne i ciemne, czysto zielone i jakby przybrudzone, widoczne z daleka i przytłumione. Wiedzę naszą pogłębiłyśmy przy stoliku, gdzie dałam Tosi do wypróbowania, poza jej prywatnymi kredkami, także swoje, w których odcieni zielonego było znacznie więcej.




5. Zielone światło

Pozostając przy naszym ukochanym podświetlanym stoliku (instrukcję jak go wykonać, znajdziecie TUTAJ), pobawiłyśmy się trochę zielonym światłem. Zrobiłyśmy sobie napromieniowaną imprezę z zielonymi, szklanymi kamykami. Bawiłyśmy się w liczenie do czterech, przekładanie, przesuwanie, układanie wzorów.






6. Domowe pudełko sensoryczne

Wykorzystując przytargane przez Dominika pudełko podwórkowe, skonstruowałyśmy także jego domową odsłonę. Tym razem Tosia, już samodzielnie, miała za zadanie wyszukać w pokoju wszystko to, co jest zielone, i przytargać to do pudełka. Z tak stworzonym pudłem mogła robić co chciała, przesypywać ryż przy pomocy łyżeczki z pudła na talerz, przekładać, wybierać koraliki i szkiełka, układać warzywa przy odpowiednich kartach itp.
Zdjęć zrobiłam mnóstwo, ale stwierdziłam, że nie mam sił ich wszystkich obrabiać, wrzucam zatem małą próbkę tego, co działo się w naszym pokoju.









7. Zielony jeż

Był zielony ryż, musi być i zielony jeż. Zabawa była bardzo prościutka, a poza opatrzeniem się z kolorem zielonym, ćwiczyła dodatkowo małą motorykę. żeby ją przeprowadzić, potrzebujemy druciki kreatywne i durszlak albo grubsze sitko.
Naszej zabawie towarzyszył prezes smoczej komisji, oczywiście zielony.






8. Smakowanie zielonego

Najlepszą i najsmakowitszą część naszej zabawy zostawiłam na koniec, a było nią próbowanie zielonego! Zakupiłyśmy z Tosią całą torbę zielonych warzyw i owoców, które następnie pokroiłam i zaserwowałam małej degustatorce. Poniżej fotorelacja z małym opisem.
Na naszym stole znalazły się zatem: winogrona, gruszka, kiwi, zielona papryka, limonka, ogórek, awokado oraz ogórek kiszony.





Zgadnijcie od czego zaczęła się degustacja... Oczywiście, że od winogrona, widzicie to pragnienie w oczach? Rzuciła się na nie niczym mały, wygłodniały wilczek i pożarła niemalże wszystko na raz. Dzięki naszej małej zabawie dowiedziałam się też, że Tosia na winogrona mówi "makalona", co dało dość zabawny efekt, kiedy na koniec Tosia zapytana co by teraz zjadła odpowiedziała co wyżej, a my z babcią uznałyśmy, że żąda makaronu ;)



Poniżej widać dwa ciekawe obrazki, na jednym nieco skonsternowane dziecko, na drugim dziecko z uporem próbujące oddać coś mamie. Przyjrzyjcie się jednak desce, zauważacie jakąś różnicę?  Taaak, całe awokado wylądowało poza deską i jedynie moja niezwykła siła perswazji sprawiła, że awokado nie wyleciało przez okno i zostało zaakceptowane na najdalszym końcu deski. Co najlepsze, Tosia już jadła awokado w paście jajecznej i planuję zaserwować jej nutellę z awokado, banana i kakaa i jestem pewna, że będzie jej smakować. Ot, awokado jest trudne do jedzenia solo.



Niełaską od samego początku cieszy się także świeży ogórek. Tosia usilnie go próbuje, mając jak podejrzewam, za każdym razem szczerą nadzieję, że świeży okaże się być kiszonym, którego uwielbia.



Świeżego przegryzła kiszonym ogórkiem i zadowolenie wróciło.


 Na koniec najmroczniejsza chwila degustacji, czyli próbowanie limonki. Trochę trzeba było Tosię przekonać, żeby jej spróbowała, sama musiałam zjeść kawałek, co było dość traumatyczne. Jak widać, dziecko moje wykazało podobną reakcję.





"Masz tam jeszcze trochę makalona?"


Na drugi dzień zrobiłyśmy sobie natomiast zielony obiad i zaserwowałam Tosi naleśniki ze szpinakiem. Zapomniałam wtedy zupełnie, że przecież mamy w swoim Przepyszniku przepis na zielone naleśniki (po przepis tutaj KLIK), naprawdę smakowite, ale sam szpinakowy farsz też dał radę i został pożarty w całości.

 

Ufff, ciekawe czy ktoś dobrnął z nami do samego końca? Mam nadzieję, że podobał Wam się nasz zielony warsztat, będący też takim małym pożegnaniem z latem. Spróbujemy też w podobnym klimacie urządzić zabawę z żółtym, czerwonym i niebieskim kolorem, ale już poza projektem.
Wszystkich zainteresowanych zapraszam także gorąco na inne blogi biorące udział w projekcie Dziecko na warsztat III, a jest ich w tym roku naprawdę mnóstwo, inspiracje popłyną więc do Was prawdziwą rwącą rzeką, wystarczy tylko klikać na poszczególne loga!



Koniec psot!  Dziecko na warsztat