17 czerwca 2016

Mnóstwo szczęscia, czyli Dunia i jej życie


Są takie książki, które głaszczą po sercu i otulają ciepłą kołderką z uśmiechu. Są książki wielkie, które zmieniają świat, ale są też takie zupełnie malutkie, które choć nie czynią wielkich rzeczy, to jednak potrafią wiele nauczyć. Dziś chciałam Wam pokazać i opowiedzieć trochę o jednej z takich książek, a w zasadzie o całej serii przepięknych książek, wydanych przez wydawnictwo Zakamarki - jedno z moich ulubionych. Na razie jesteśmy w posiadaniu dwóch pierwszych części, ale z czasem na pewno uzupełnimy je o pozostałe trzy. Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części wpisu.



O autorce tych prostych i chwytających za gardło opowieści niewiele wiadomo (niestety nie znam szwedzkiego, a część niemiecka Wikipedii jest nader uboga w informacje, polskiej natomiast w ogóle nie ma). Wiadomo zatem, że jest szwedzką pisarką, piszącą zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych, która na świecie zasłynęła przede wszystkim serią książeczek o małej Duni. I o tej serii właśnie, chcę Wam dzisiaj rzec kilka słów.


Historia zaczyna się prosto, jeśli nie banalnie, mała dziewczynka leży w łóżku i nie może zasnąć, zamiast jednak liczyć owce, Dunia liczy dobre wspomnienia. Przypomina sobie to jak nauczyła się pływać, jak dostała prawdziwą żabę, przypomina sobie swój pierwszy dzień w szkole i to jak poznała swoją najlepszą przyjaciółkę Fridę. Przypomina sobie świętowanie z tatą i kotem o imieniu Kot.




Myśli Duni prowadzą ją do tych chwil, które spędzała razem z Fridą, malując, huśtając się, jedząc na stołówce obiady. Przed jej oczami znów staje obraz chwili, w której wymieniły się naszyjnikami z połówkami jednego serca. Co prawda Frida nie chciała wymienić swojej zakładki z aniołkiem, którą dostała od babci, na wszystkie zakładki Duni i mocno się o to pokłóciły. Ale przecież to, że czasem się kłóciły, nie oznaczało, że przestawały być jak papużki nierozłączki.



Tak wygląda pierwsza część książki, żeby dowiedzieć się co jest w drugiej, będziecie musieli sami zajrzeć do środka i przeczytać. Ja powiem tylko, że Dunia przeżywa wiele trudnych i ciężkich chwil, umie jednak zawsze odnaleźć w nich radość i pocieszenie. Ta mała, dzielna dziewczynka potrafi w prosty sposób przekazać dziecku, że będąc nawet w najczarniejszej rozpaczy można się uśmiechnąć i to wcale nie oznacza, że zapomnieliśmy o tych, których straciliśmy.

(W dalszej części opowiem o tym, co się dzieje w drugiej połowie książki, więc jeśli nie chcecie znać całości fabuły przed lekturą, śmiało klikajcie krzyżyk na przeglądarce).




"Moje szczęśliwe życie" to jedna z nielicznych książek, która sprawiła, że razem z mężem zaczęliśmy się zastanawiać nad tym jak pewne rzeczy przeżywają dzieci, jakie emocje nimi targają. I brnąc w kolejne rozważania, doszliśmy do wniosku, że opowieść o Duni i jej przyjaciółce, tak naprawdę opowiada o emocjach po stracie mamy. Opowiadanie o przeżywaniu śmierci mamy byłoby stanowczo zbyt ciężkie emocjonalnie dla małych dzieci i nie dziwi mnie, że autorka nie poszła w tym kierunku. Zachwyca mnie natomiast to, że podeszła do tematu od zupełnie innej strony, o mamie niejako tylko wspominając i zaznaczając, że kiedyś była w życiu Duni. W czasie akcji książki Dunia traci przyjaciółkę, która wyjeżdża na drugi koniec Szwecji i emocje towarzyszące temu przeżyciu będą bardzo podobne do tych, które czuła, gdy jej mama odchodziła.

Może ktoś powie, że sytuacja jest nieadekwatna, bo przecież przyjaciółkę można w każdej chwili odwiedzić. Ale spróbujcie postawić się w sytuacji takiej małej, siedmioletniej dziewczynki, dla której drugi koniec miasta to już bardzo, bardzo daleko, a rozstanie na dłużej niż dobę, brzmi jak wieczność. Książka jest więc według mnie, czymś w rodzaju jednej, wielkiej paraboli, przypowieści o przeżywaniu przez dziecko wielkiej straty i rozliczaniu się z emocjami. Tytuł jest również bardzo przewrotny, bo kryje się pod nim historia bardzo smutna, a jednocześnie tak cudownie pokrzepiająca.

Jednym słowem, mnie historia Duni zachwyciła i zmusiła do wielu przemyśleń. Dawno nie czytałam tak smutnej i ciepłej opowieści, w której jednocześnie byłoby opisanych tyle zwykłych, codziennych radości. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak uplotła całość opowieści autorka i jak dla mnie historia Duni mogłaby się na tym jednym tomie skończyć.


Pewnie się teraz zastanawiacie dlaczego wolałabym jeden tom świetnej opowieści zamiast kilku. Ano chodzi mi głównie o to, że "Moje szczęśliwe życie" jest szczelnie zamkniętą całością, która ma coś przekazać i czegoś nauczyć, złagodzić i pocieszyć. Niczego do niej dodawać nie trzeba, ale podejrzewam, że sukces pierwszego tomu był niezwykle kuszący i tak powstały kolejne. Mogę oceniać jedynie po drugiej części (jak dostanę w swoje ręce kolejne, zweryfikuję to zdanie), ale widać w niej już zupełnie inny ładunek emocjonalny, łagodniejszy.

"Moje serce skacze z radości" jest opowieścią znacznie weselszą i zabawniejszą od poprzedniczki. Nie obciążoną obowiązkiem pokazania pewnych rzeczy związanych z rozstaniem, a co za tym idzie swobodniejszą. Niemniej jest to równie dobra książka, chociaż na innym poziomie fajności. Powiedziałabym lżejszy kaliber emocji dał efekt przyjemnej opowieści o życiu małej dziewczynki w Szwecji. Bardziej możemy się skupić na codzienności, przygodach i zabawach, pojawia się nawet wątek pierwszych szkolnych miłostek i klasowych grupek wzajemnej adoracji. Emocje są skierowane bardziej na typowe przeżycia ucznia w środowisku klasowym, co na przykład dla dzieciaków z nauczania początkowego będzie bardzo cenną lekturą.






Co do odbioru przez moją potomkę, to przypomnę na wstępie, że ona jeszcze nie ma nawet 2,5 roku, a na tych książeczkach nauczyła się słuchać tekstu. Jak widzicie po ilustracjach, jest ich raczej mało i są czarno-białe, więc nieszczególnie przykuwają oko (choć ja osobiście takie uwielbiam). Taki mały człowiek, musi się więc siłą rzeczy, jeśli chce poznać treść książki, skupić na słowach. Szczerze mówiąc byłam dość zaskoczona tym, jak Tosia bacznie słuchała mojego czytania. Do tego stopnia była zainteresowana, że za jednym razem przeczytałyśmy cały pierwszy tom od deski do deski.

Od tamtego czasu przeczytałyśmy jeszcze kilka innych podobnych książek (Kajtek i Miś, Lotta z ulicy Awanturników i zaczynamy Dzieci z Bullerbyn), z małą ilością niekolorowych ilustracji i moja latorośl po raz pierwszy potrafi się przytulić i słuchać. A jak ją pytam o treść, w swoich prostych słowach umie ją opowiedzieć. Taka nam się ostatnio mała rewolucja zadziała.

Oczywiście nie rozmawiam z Tosią o tak trudnych emocjach jak przeżywanie straty bliskiej osoby, na to przyjdzie jeszcze czas. Natomiast uważam, że uwrażliwianie powinniśmy zacząć od samego początku i delikatnie przechodzić w coraz trudniejsze i głębsze rejony. Na razie opowiadamy sobie o warstwie wierzchniej historii, o tym dlaczego Dunia jest smutna i za kim tęskni, kto jej dokucza a kto wyznał jej miłość.











Podsumowując Tosia książki o Duni uwielbia tak jak ja i tata, czytaliśmy je już wspólnie i osobno po kilka razy, a przy sesji fotograficznej musiałam zrobić przerwę na dokładne przeglądanie każdego tomu i ponowną lekturę. Polecamy zatem z całego serca.




PS. Czy Wy też zastanawialiście się jak to jest z tą całą Szwecją? To znaczy oni mają tam wielki kryzys wartości rodzinnych, cały układ społeczny im się sypie, a jednocześnie nie znam kraju, z którego wyszłoby więcej tak ciepłych, rodzinnych i cudownych opowieści. Wszystko zaczęło się od Astrid Lindgren, ale widzę, że i współcześnie żyjący pisarze idą wytyczonym przez nią torem (że przytoczę takie książki jak Lato Stiny, Prezent dla Cebulki, serię o Tsatsikim czy o Albercie Albertsonie). Jest codzienność, są emocje te proste i te bardziej skomplikowane. Jest ciepło rodzinne i poszukiwanie tego ciepła.

Z czystym sumieniem mogę polecić większość szwedzkich pisarzy tym, którzy chcą czytać swoim maluchom o rzeczach im bliskich, o tym co dzieje się w rzeczywistości, bez wróżek i jednorożców. O tym mówiła Maria Montessori, by nie mieszać dziecku w głowie i pozwolić mu poznać prawdziwy świat, zanim przejdziemy do tego zmyślonego. I widzę po mojej Tosi, że ona tego potrzebuje, że woli takie prawdziwe historie od magicznych (z bólem serca to przyznaję, bo ze świecą szukać tak wielkiej miłośniczki baśni i bajek jak ja).

Tak jak Was przestrzegałam, w najbliższym czasie szykujcie się na książkowy zalew informacyjny, a pomiędzy jedno polecenie świetnej restauracji w Łodzi i może uskubiemy w międzyczasie coś kreatywniejszego. Buziaki wysyłam i ściskam mocno wszystkich moich cudownych czytelników!

Koniec psot!

8 komentarzy:

  1. Musze się za nimi rozejrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie będziecie żałować :)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. W sumie, ciekawa jestem czy w naszej malutkiej biblioteczce jest, muszę sprawdzić :)

      Usuń
  3. Nie spodziewałabym się, że w tak niepozornych książeczkach poruszane są bardzo trudne tematy. Muszę zaopatrzyć się w nie i poczytać Jasiowi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Książkę o Duni znam i też bardzo lubię, kiedyś nawet recenzowałam, ale o czymś innym chciałam!
    Zastanawia mnie to szybkie przechodzenie na "starsze" książki. U nas od zawsze jest tak, że jak w ciągu dnia siadam z jakąś własną książką do poczytania, to natychmiast dostaje rozkaz, żeby czytać na głos. Robiłam tak, gdy Róża była malutka i był to jedyny sposób na własną lekturę i tak jakoś nam to weszło w nawyk. Przeczytałyśmy w ten sposób dziesiątki książek, z różnych gatunków. Róża czasem przysiada i słucha, czasami się sama bawi. Myślałam, że to czytanie to taka sztuka dla sztuki, ale jak ją pytam o fabułę tych wszystkich "dorosłych" książek, czasami dotyczącą spraw, o których nie ma pojęcia, to odpowiada bezbłędnie, nawet po dłuższym czasie. To zadziwiające, ale rozumie i zapamiętuje to, co czytam! Mimo wszystko, jak siadamy razem, żeby poczytać albo kładę się z nią wieczorem na czytelniczy maraton, to nie chcę jeszcze wybierać dla niej książek dla dużo starszych dzieci, zawsze sięgamy po książki mocno obrazkowe, co obie bardzo lubimy. Mam wrażenie, że na tym etapie książka obrazkowa jest nie tylko dla dziecka milsza i przystępniejsza, ale przede wszystkim potrzebna. Dla prawidłowego rozwoju dziecka ważne jest, żeby wracać do ulubionych książek, nawet jeśli oznacza to czytanie tego samego trzydziesty raz tego samego dnia (u nas to norma), a trudno wracać tak często do czegoś, co ma 300 stron. Nie żal Ci tego przeskoku? Jest przecież tyle wspaniałych, mądrych książek obrazkowych, które zachwycają nie tylko obrazem, ale i treścią. Moim zdaniem na Dunię i "Dzieci z Bullerbyn" przyjdzie jeszcze czas. Ciekawa jestem co o tym myślisz.

    A tak swoją drogą, to u nas właśnie na topie baśniowość i fantasy. Wszelkie czarownice, czary i dzikie stwory zdecydowanie bardziej preferowane niż życie codzienne dzieci. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od tego, że dla mnie to nie działa jak zerwanie plastra, czyli od tej pory nie czytamy już niczego poza dłuuuugimi tekstami bez obrazków ;) Nadal zdecydowanie przeważają u nas lektury obrazkowe, ze szczytu listy nie schodzi Kastor, Zuzia, rozmaite wiersze czy Kubuś Puchatek w wersji disneyowskiej. Widzę jednak, że dla mojej Tosi to już za mało, że często woli sięgać po dłuższe teksty, lubi siedzieć i słuchać, często przy tym opowiadamy sobie, co jest na obrazkach, które nadal się pojawiają, ale jest ich po prostu mniej. Opowiadamy sobie co się działo w fabule. Staram się też wybierać teksty krótkie, bardziej opowiadania niż długie książki (Dzieci z Bullerbyn mamy w najnowszej, bogato ilustrowanej wersji z rozdziałami długości 2-3 stron). Dunia jest akurat według mnie całkiem krótką książeczką i obrazków nadal jest dość dużo. Nie czuję, żebyśmy cokolwiek traciły, wręcz przeciwnie ;) Zmiana to dłuuuugi i bardzo płynny proces, Tosia ma też prawie 2,5 roku, a to całkiem niezły moment, na powolne przejście do długich tekstów, szczególnie że chce słuchać, gdyby nie chciała, nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby ją namawiać. Z resztą, codziennie sama wybiera sobie książki do czytania na dobranoc, a i za dnia wybiera sobie lektury, których chce czytać coraz więcej.
      A do książek o objętości 300 stron, to jeszcze nam baaaaaardzo daleko ^_^

      PS. Próbowałam czytać baśnie, ale kompletnie nie zabanglało, nawet w obrazkowej wersji. Przechodzą tylko Muminki i Puchatek :)

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)