26 stycznia 2017

Montessori: Prezentacja pomocy i Życie codzienne


Niniejszy wpis został zaplanowany jakiś rok temu, ale dobrze że nie powstał wtedy, bo byłby znacznie uboższy. Dziś mogę Wam w miarę wyczerpująco opowiedzieć jak przeprowadzić prezentację dziecku przedszkolnemu, jakimi zasadami się kierować i co może się znaleźć na półkach w kąciku z pomocami Życia codziennego. Metoda Montessori jest jednak mocno intuicyjna, wystarczy znać kilka podstawowych zasad (sporo pisałam o tym w pierwszym wpisie z serii KLIK), żeby móc z powodzeniem wprowadzić ją w życie w domu - w przedszkolu dochodzi jeszcze znajomość całej masy pomocy, ale w zaciszu naszych własnych czterech ścian, wcale nie będą nam jakoś wyjątkowo potrzebne. Zatem zapraszam serdecznie do lektury!

We wpisie wprowadzającym w tajniki pedagogiki Montessori, pisałam o tym jak powinno mniej więcej wyglądać otoczenie, jak przygotować pomoce, a także czym jest spontaniczna koncentracja i jakie zachowania dorosłego względem dziecka są niewskazane. Teraz wypadałoby powiedzieć kilka słów na temat tego jak w takim razie rozmawiać z małym człowiekiem i jak go uczyć, żeby chciało chłonąć wiedzę, bo to przecież jest sedno sprawy.

PREZENTACJA POMOCY

Zacznijmy od tego jak powinna wyglądać prezentacja pomocy (w pedagogice Montessori nie używa się terminu "zabawka" ani "zabawa", ma to swoje uzasadnienie, mianowicie chodzi o budowanie pozytywnego skojarzenia ze słowem "praca", które ma się wiązać z czymś przyjemnym i rozwijającym). W zasadzie ścisłe wytyczne i sztywne ramy nie istnieją u Montessori. Najważniejsza jest jedna podstawowa zasada:

Podążaj za dzieckiem!

Z obserwacji siebie i innych pasjonatów pedagogiki Montessori, a także słuchając opowieści nauczycieli i wykładowców na kursie, mogę stwierdzić, że my dorośli często o niej zapominamy. Nawet bardzo często. Ciężko wyzbyć się potrzeby bycia centrum dziecięcego wszechświata i to wcale nie jest intencjonalne działanie, to po prostu w nas głęboko siedzi, bo kiedyś to my wpatrywaliśmy się w dorosłych jak w obrazek i oni żądali od nas absolutnego posłuchu we wszystkim. Ten sposób myślenia jest w nas tak głęboko zakorzeniony, że niezwykle ciężko jest się go pozbyć. Za to na pocieszenie powiem, że uświadomienie sobie naszych ograniczeń jest krokiem w dobrym kierunku i jeśli tylko będziemy siebie bacznie obserwować, to z czasem będzie coraz łatwiej.
No dobrze, ale na czym ta zasada tak naprawdę polega? Przede wszystkim na tym, by obserwować dziecko. Obserwować je nieustannie i bardzo uważnie, wyłapując jego potrzeby, zainteresowania i chęci. Gdy dokonamy jakiejś obserwacji, nie bójmy się jej wykorzystać w tworzeniu otoczenia dla naszego dziecka. Dla przykładu, jeśli dziecko nie chce odejść od umywalki, chlapie się w misce z wodą dla psa i pasjami rozlewa zupę po stole - stwórzmy dla niego kącik, gdzie będzie się mogło swobodnie i bez ograniczeń taplać w wodzie. I dla takiego 2-3 letniego malucha, pasjonata wodnych tematów, to w zupełności wystarczy, inne zabawki mogą w ogóle wywędrować w kosmos. Jak jeszcze dodamy do tego system skomplikowanych rurek (zakupionych w najbliższym sklepie budowlanym i sklejonych taśmą), lejki, pojemniczki, kostki lodu, kolory, to już w ogóle będziemy mieć dziecko z głowy na dwie godziny (ciepła kawa, drogie mamy!).
Inny przykład, jeśli dziecko notorycznie wyrzuca nam ubrania z szafy i pasjami rozrzuca je po pokoju, próbując jednocześnie wszystko przymierzyć - stwórzmy mu szafkę do przebieranek, stwórzmy pomoc do nauki składania serwetek, ubrań, pozwólmy mu pomagać przy wrzucaniu prania do pralki i rozwieszania go na suszarkach. Do tego włączmy w proces ścielenia łóżka i przeznaczmy kilka kocy na tworzenie namiotu pod stołem w salonie.
Piękne pomoce Montessori, które można znaleźć w wielu sklepach nęcą i kuszą. Są czasem naprawdę piękne, nie można się od nich wręcz oderwać, ta symetria, prostota i idealność. Tymczasem w domu naprawdę nie potrzeba ich wiele. Bardzo dużą część można zrobić samemu, część można kupić z rynku wtórnego, bądź na spółkę z inną rodziną zafascynowaną środowiskiem Montessori. Żeby stworzyć otoczenie w tym klimacie, naprawdę nie trzeba być bogaczem, nasze dzieci nie potrzebują niczego wyjątkowego, tylko to co je aktualnie interesuje i naszym zadaniem jest to zauważyć i wypełnić tym elementem świat dziecka.
Poniżej macie zdjęcia przykładowych półek warsztatowych, jakie stworzyłam dla Tosi. Ostatnio bardzo interesuje się sikorkami, które założyły gniazdo nad naszym oknem w salonie (pod wystającym kawałkiem dachu) i często przylatują po różne smakołyki. Postanowiłam to zainteresowanie rozwinąć, przygotowałam dla Tosi kilka pomocy plastycznych (pierwsze zdjęcie), gdzie użyłam najbardziej dostępnych elementów jak klej, kredki, bibuła, piórka, kartki. Oraz kilka pomocy merytorycznych (drugie zdjęcie). Wszystkie karty zrobiłam sama (jak zrobić karty, możecie się dowiedzieć TUTAJ), do tego wystarczą tacki (drewniane i metalowe), jakieś pojemniczki szklane, metalowe bądź drewniane (stawiamy na naturalne materiały) i warsztat gotowy. Dorzuciłam książki, które mamy na stanie i w których występują sikorki, zapisałam sobie kilka stron, na których można odtworzyć śpiew sikorek do posłuchania w tle. Jedyna rzecz, jaką kupiłam specjalnie do tego warsztatu to styropianowe jajeczka do przesypywania i przenoszenia szczypcami, a kosztowały mnie całe 7zł :) W sumie największy wydatek to tusze do drukarki i folie do laminatora, które to urządzenia od dłuższego czasu są moimi najlepszymi przyjaciółmi.



Poza tą główną, wielką zasadą, o której bardzo głośno mówiła sama Montessori i która stała się kanwą całej pedagogiki, istnieje jeszcze kilka pomniejszych zasad prezentowania pomoc:
  • ekonomia ruchów - kiedy pokazujemy dziecku jak pracować z jakąś pomocą, na przykład z przenoszeniem drobnych elementów przy pomocy szczypiec, najpierw pokazujemy mu co trzeba zrobić ze szczypcami, jak je trzymać i jak zacisnąć. Następnie ograniczamy nasze ruchy do absolutnego minimum. Przenosimy kilka elementów i pytamy dziecko, czy chciałoby spróbować;
  • minimum słów - w przypadku pomocy z działu Życie codzienne, mała ilość słów używanych w czasie prezentacji jest bardzo wskazana (podobnie przy Sensoryce, w pozostałych działach nie ma to już takiego znaczenia). Staramy się operować głównie ruchem i gestem, pokazywać co dziecko ma zrobić, nasz słowotok mógłby je zanadto rozpraszać. Dla mnie ta zasada jest bardzo trudna, bo z natury jestem potworną gadułą, ale powolutku się tego uczę;
  • nie ingerujemy gdy dziecko pracuje w skupieniu - generalnie idea jest taka, że gdy dziecko wkracza w mityczny świat skupienia, my odchodzimy i zostawiamy je w spokoju;
  • nie poprawiamy od razu - to niezwykle ważna zasada, jednocześnie ogromnie trudna w realizacji. Jako rodzice chcielibyśmy bowiem, by nasze dzieci robiły wszystko od razu tak, jak powinny i tak jak my sobie to wyobrażamy. Chcielibyśmy, by ich działania był bezbłędne i akuratne. Gdy zatem dziecko popełnia błąd, rwiemy się by od razu pokazać mu prawidłowe rozwiązanie. W pedagogice Montessori w takim przypadku siadamy na rękach i nie robimy nic, pozwalamy dziecku dojść do poprawnego rozwiązania i zauważenia błędu samodzielnie. Jeśli dziecko nie zauważa błędu albo notorycznie wykonuje jakieś zadanie niepoprawnie, przerywamy prezentację i proponujemy, że wrócimy do niej innym razem. Jeśli z boku widzimy, że po prezentacji, przy pracy własnej dziecko popełnia błędy, zapamiętujemy ten fakt i robimy mu prezentację jeszcze raz innego dnia. Potwornie trudne zadanie, ale da się do tego dojść;
  • nie pozwalamy niszczyć pomocy - ta zasada trzyma wszystko w ryzach. To znaczy, zgodnie z poprzednimi zasadami, nie ingerujemy w pracę dziecka, chyba że ewidentnie działa na szkodę pomocy (niszczy ją) bądź używa jej w kompletnie złym celu (Tosia notorycznie podbierała maty filcowe i robiła z nich kocyki dla pluszaków, rozwiązanie jest proste, wystarczy wytłumaczyć dziecku, że te maty mają konkretne przeznaczenie, a jeśli ona potrzebuje kołderek dla pluszaków, to poszukamy ich w torbie ze szmatkami). Takie działania zdecydowanie przerywamy, tłumaczymy i staramy się skanalizować energię dziecka w innym miejscu. To znaczy jeśli dziecko zamiast przenosić elementy przy pomocy szczypiec, przesypuje je, prowadzimy je do tacki, na której znajduje się odpowiednia pomoc (albo tworzymy ją, jeśli akurat nie mamy jej na półce);
  • wszystko staramy się prezentować od lewej do prawej, z góry do dołu - ta zasada tyczy się zarówno sposobu rozkładania elementów pomocy, jak i samej pracy z nimi. Jest potrzebna głównie do tego, by przyzwyczaić dziecko od samego początku do odpowiedniego kierunku pracy, co bardzo przysłuży się nauce pisania;
  • izolacja trudności - to znaczy, że prezentujemy dziecku pomoc, która zawiera w sobie tylko jedną nieznaną mu dotąd rzecz. Dla przykładu jeśli dziecko potrafi odkręcać słoiczki, możemy zaproponować mu pomoc, w której znajduje się słoiczek z klejem, który najpierw trzeba odkręcić. Jeśli dziecko wie jak używać zakraplacza, można mu pokazać pomoc, która zawiera w sobie pojemniczek z zakraplaczem np. do dozowania oleju przy polerowaniu drewna. Zapamiętajcie jedna trudność na raz i to już jest bardzo duży krok w stronę ducha Montessori, który odnosi się także do zabawek kupowanych dzieciom (stąd w Montessori odradza się zabawki mrugająco-gwiżdżace albo świecąco-skaczące, które po prostu zalewają dziecko informacjami i sprawiają, że jego układ nerwowy dostaje przysłowiowego świra);
  • kontrola błędu - bardzo fajnie będzie, jeśli przygotowana przez was pomoc będzie zawierała w sobie kontrolę błędu tak, by dziecko samo mogło sprawdzić, czy dobrze wykonało zadanie - ach ta samodzielność!
  • testujemy pomoce na sobie, zanim postawimy je na półkę - o tym pisałam już we wstępie, a powtarzam się, żebyście wszystko mieli w jednym miejscu. Ta zasada jest ważna o tyle, że możecie na własnej skórze sprawdzić jak to jest posługiwać się daną pomocą i sprawdzić, czy wasze wyobrażenia nie rozmijają się z prawdą. Czasem okazuje się, że o jakimś elemencie nie pomyśleliśmy, a jest konieczny do wykonania danej czynności;
  • atrakcyjność - wszystko powinno być śliczne i nęcące. Półki mają krzyczeć do dziecka, by podeszło i podniosło coś, żeby sprawdzić jak działa. Dlatego też wszystko inne w otoczeniu Montessori powinno być neutralne i jasne, żeby nie odwracać uwagi dziecka od pomocy. W naszych domowych kącikach nie stawiamy pomocy typowo montessoriańskiej obok klocków LEGO (którą skądinąd są bardzo fajne), gdyż zwyczajnie wszystko inne z nimi przegra. Można stworzyć kącik kreatywnego budowlańca i tam włożyć wyłącznie klocki rozmaitych rodzajów, jak najbardziej, ale jeśli chcemy zainteresować dziecko jakąś inną pomocą (np. do ćwiczenia motoryki małej), to lepiej klocki na chwilę schować.

ŻYCIE CODZIENNE

Dobrze, zatem wiemy już mniej więcej jak pokazywać dziecku, to co dla niego wymyśliliśmy. To teraz co też w kąciku Życia codziennego można znaleźć? Przede wszystkim:

Pomoce do ćwiczenia małej motoryki


To dziś bardzo popularny zwrot, który można usłyszeć z ust wielu rodziców, zaraz obok "integracji sensorycznej". Mała motoryka to nic innego jak precyzyjne ruchy dłoni i palców, których dobre wyćwiczenie gwarantuje bezbolesną naukę pisania. Tak jak ze wszystkimi mięśniami, jeśli dobrze przygotujemy, będziemy mogli wykonać znacznie bardziej skomplikowane czynności niż ktoś, kto danych mięśni nie trenuje w ogóle. Stąd w Montessori spory nacisk właśnie na ćwiczenie mięśni ręki już od samego początku życia dziecka. Dla najmniejszych maluszków powstały np. piłki Takane (jak taką wykonać samodzielnie, możecie się dowiedzieć z bloga Bawimy się my 4), drewniane korale na sznurze czy grzechotki w kształcie walca. Dla nieco starszych jest cała seria pomocy do wrzucania, wystarczy butelka i makaron, albo puszka i patyczki po lodach lub pompony. Można też użyć klocków, które już gdzieś w domu mamy i stworzyć sorter kształtów z pudełka kartonowego. Można klasycznie dać dziecku coś do przesypywania z miski do miski. Albo też własnoręcznie stworzyć stojak do nawlekania dużych korali.
Do klasycznych pomocy, które przewijają się w większości placówek Montessori, a które z powodzeniem można też zaproponować dziecku w domu, należą:

- przesypywania przy pomocy szczypiec - zadaniem dziecka jest przełożyć drobne elementy (im młodsze dziecko tym dajmy ich mniej i większe rozmiarowo!) z miski do miski, przy pomocy szczypiec, np. takich do kostek cukru, można je kupić w sklepie ze sprzętem do domu;

Przesypywanie przy pomocy szczypiec


- spinacze - w domu najłatwiej zaproponować tę pomoc w czasie wieszania prania, dajemy miskę (o gładkich brzegach) i stertę spinaczy do nakładania i zdejmowania z brzegów miski;

Spinacze


- śruby - dziecko odkręca i nakręca nakrętki na gwinty, tu dobrze jest trochę ograniczyć długość gwinta, np. naklejając taśmę izolacyjną w 1/3 lub w połowie długości, maluch może bowiem bardzo szybko stracić zainteresowanie jeśli przez długi czas nic się nie będzie zmieniać;

Śruby





- nakrętki - można postawić na półkę, ale można też pozwalać dziecku odkręcać wszystko, co mamy w domu, a więc prosimy je o odkręcenie kartonu z mlekiem czy sokiem, o odkręcenie słoika z dżemem albo przy porannej toalecie o odkręcenie tubki z pastą bądź opakowania z kremem;

Zakręcanie i odkręcanie





- nawlekanie - czyli coś co naprawdę dużo dzieci lubi, wystarczą duże korale, kolorowe sznurówki i do dzieła. Proste w przygotowaniu, a zajmuje maluchy na naprawdę długi czas;






- pęseta - dziecku, które wyćwiczyło się już w przerzucaniu elementów przy pomocy szczypiec, można zaproponować coś trudniejszego, czyli małe koraliczki umieszczone na odwróconej podkładce pod mydło (kupiliśmy w Leroy Merlin), które trzeba przenieść do pojemniczka przy pomocy pęsety. Trudne i bardzo angażujące zadanie;




- klejenie - to zadanie z pogranicza małej motoryki i plastyki, ale jak widzicie ewidentnie umiejętności motoryczne są konieczne do jej prawidłowego wykonania. Plusem ogromnym jest to, że tę pomoc pięknie i tematycznie możemy rozwijać, tworząc np. rozmaite wyklejanki pasujące do aktualnie najukochańszych przez dziecko rzeczy;










- kłódki i kluczyki - ta pomoc może stać na półce, ale możecie też po prostu pozwalać dziecku na przekręcanie rozmaitych kluczy w zamkach, które znajdziecie w domu. Jeśli dostrzeżecie fascynację przekręcaniem kluczy, nie wahajcie się stworzyć dla dziecka czegoś większego;




- przesypywanie - to zadanie wstępne do nauki przelewania. Takie ćwiczenia na sucho, gdzie dziecko szlifuje umiejętność trzymania dzbanka, bardzo dobra na początek wieku przedszkolnego;



- zaraz po tym, jak dziecko nauczy cię przesypywać, możemy mu zaproponować przelewanie. Można to zrobić w klasyczny półkowo-tacowy sposób:






...albo pójść na żywioł i urządzić prawdziwie wodne przyjęcie z przelewaniem w roli głównej;














- gdy dziecko opanuje już przelewanie z dzbanka do dzbanka, można mu zaproponować różne inne wariacje na temat, na przykład przelewanie przez lejek albo nalewanie do linii, bądź nalewanie przy pomocy imbryka;






- cięcie nożyczkami - świetna pomoc, którą dzieci uwielbiają. Nożyczki można dać spokojnie już dwulatkowi, dobrze jest jednak zacząć od cięcia np. plasteliny, która jest dość sztywna, później przejść do pasków kartonowych i ze zwykłego papieru (więcej na ten temat pisałam TUTAJ). Z czasem można zabawę urozmaicać, dopasowując ją do tematu przewodniego, bądź komplikując wzory do wycięcia (linia, później łuk, ząbki, spirale i coraz bardziej skomplikowane wzory);






- w tym dziale znaleźć się mogą także takie pomoce jak: dziurkowanie (wielka pinezka do dziurkowania kształtu), wycinanie przy pomocy dziurkacza, wyciskanie gąbki, wykręcanie ścierki, przesypywanie przez sitko, bicie piany trzepaczką i wiele, wiele innych. Ogranicza nas jedynie wyobraźnia, a najważniejsze, żeby w tej części Życia codziennego, dziecko ćwiczyło chwyt pęsetkowy i mięśnie dłoni oraz nadgarstków, ot i wszystko.

Pomoce do przygotowywania jedzenia


Druga część działu Życie codzienne to przygotowywanie jedzenia, czyli wszystko to co wiąże się z działaniami kuchennymi. Jeśli tworzymy środowisko przyjazne dziecku w domu, proponuję nie wystawiać tych pomocy na tacach i tworzyć odrębnego kącika. W domu lepiej naturalnie stworzyć dla dziecka odpowiedni klimat w kuchni. U nas aktualnie tworzy się stolik na wysokości Tosi oraz chcę wydzielić dla niej całą jedną szafkę, w której znajdzie wszystko, co będzie jej potrzebne do przygotowania prostego posiłku (II śniadanie, przekąska, podwieczorek). Zatem wszystkie przybory kuchenne dla niej, są zawsze w zasięgu jej ręki (sztućce, karbowany nóż do warzyw, obieraczka, imadło do krojenia jajek, krajalnica do jabłek, dzbanek z wodą i szklanki, talerze itd.). Przed pierwszym przygotowaniem któregoś z produktów, zawsze jednak konieczna jest prezentacja jak można go przygotować:

- krojenie jabłek - tu bardzo przydatna jest krajalnica (nasza kupiona w IKEI), która niesamowicie ułatwia całą sprawę. Wystarczy, że dziecko weźmie jabłko, nałoży w odpowiedni sposób krajalnicę i mocno naciśnie;






- banan - jak dla mnie wystarczy deska, nóż i papier na obierki. Uczymy dziecko odkrawania obu końcówek, obierania i ewentualnie krojenia banana na plasterki;






- mielenie ziół - można zaproponować młynek, który dzieci bardzo lubią, albo moździerz, który lubią jeszcze bardziej. Świeżo zmielone zioła dodają potrawom niesamowitej aromatu i smaku, także polecam oddać te narzędzia w ręce dzieci;











- jajko - obieranie jajka na twardo, to jedna z ulubionych czynności śniadaniowych mojej Tosi, mogłaby tak obrać jajka dla pułku wojska i pewnie by jej się nie znudziło;





- smarowanie chleba masłem/serkiem - pozwólmy dzieciom na samodzielne próby, a zyskamy śniadanie zjedzone w spokoju i ciepłą kawę;




- samodzielne nalewanie napojów - tutaj dziecko pięknie wykorzysta wszystko to, czego nauczyło się przy pomocach z części poświęconej małej motoryce;



- wszelkie pieczenie i gotowanie - włączajmy dziecko w każdą pracę przy przygotowywaniu posiłków, jaka przyjdzie nam do głowy. Niech dziecko robi to, na co ma siły i możliwości, niech uczy się przesypywać i przelewać w praktyce, a nawet niech rozłupuje jajka i zagniata ciasto. Tak przygotowany wypiek czy posiłek, będzie na pewno lepiej smakował niż gotowiec. Zyskamy też dziecko, które w wieku pięciu lat będzie potrafiło samo zrobić jajecznicę i naleśniki (autentyk), więc nie zginie z głodu, kiedy zostanie z tatą samo w domu ;)







- picie z kubka - naukę picia z kubka można rozpocząć już w okolicach pierwszych urodzin. Dobrze zacząć od gęstszych napojów, takich jak jogurt czy zupa-krem. Taki kubek jak doidy może się przydać, ale nie jest jakoś szczególnie konieczny. Zachęcam też do dawania dzieciom szklanej zastawy, gdyż dzięki temu szybko pozna jej ciężar i kruchość, dzięki czemu ekspresowo nauczy się jak z nią postępować. Plastikowe naczynia skutkują jedynie tym, że przy pierwszym kontakcie ze szkłem mamy rozprysk murowany;



- ta część zawiera w sobie w zasadzie wszystko co tyczy się jedzenie, więc także np. naukę tego, że nie wkładamy oblizanej łyżeczki do słoika z dżemem, że zupa jest najpierw mocno gorąca i trzeba ją przestudzić, można też podmuchać na łyżeczkę. To także nauka czystego jedzenia oraz tego co jest zdrowe a co nie w naszej diecie. W tym dziale możecie także zamieścić takie narzędzia jak drylownica do wiśni, foremki do robienia lodów, wykrawaczki do ciastek itd.

Pomoce do dbania o otoczenie

W tej części moja fotorelacja będzie najsłabsza, gdyż ten dział nieco u nas kuleje, ale postaram się to w najbliższym czasie naprawić. O co tu chodzi? Otóż pozwalamy dziecku posprzątać, jeśli nabałagani. Nie sprzątamy za dziecko! Możemy mu co najwyżej pomóc, a i to ostrożnie, żeby się nie przerodziło w regularne sprzątanie. Jeśli się coś rozsypie, dziecko musi wiedzieć gdzie wisi zmiotka z szufelką i jak zamieść (pomocne jest kółko zaznaczone na podłodze, do którego trzeba zmieść wszystkie śmieci). Jeśli coś się rozleje, dziecko musi wiedzieć gdzie znajdują się ścierki (polecam podział kolorystyczny na białe ścierki do blatów i naczyń oraz brązowe/granatowe ścierki do podłogi). Można przygotować pomoc do czyszczenia stolika, gdzie na tacce dziecko zawsze znajdzie mydło, szczotkę, gąbkę (do ścierania piany), miskę z dzbankiem i ścierki, będzie mogło samodzielnie zadbać o to, by jego kącik zawsze był czysty. Uczymy, że raz na jakiś czas trzeba zetrzeć kurze z półek, że ubrania odwieszamy na wieszak i odkładamy na przeznaczone dla nich miejsce. Uczymy składania ubrań, segregowania ich i czyszczenia np. z psiej sierści. Włączamy dziecko we wszystkie czynności domowe, nawet zmywanie (bądź wyjmowanie i wkładanie naczyń do zmywarki). Dobrze jeśli wszyscy domownicy będą się w jakimś stopniu włączać w dbanie o otoczenie i będą utrzymywać porządek (tatusiowie również!).

- zmywanie - u nas króluje zmywarka, ale przemyć talerzyk czy kubek czasem też się zdarza i staram się organizować wszystko tak, żeby Tosia miała na to szansę, do czego z resztą bardzo się garnie;





- segregowanie i składanie ubrań - w tym wypadku przydać się może taca z serwetkami (jasna serwetka z wyszytym miejscem złożenia), gdzie mamy cztery serwetki z czterema typami złożeń: na pół w pionie, na pół w poziomie, na ukos i na dwa skosy. Można również wprowadzić parowanie skarpet i zwijanie ich w kulki. Można uczyć składania na różne sposoby (załączam plik z bardzo fajnym ustrojstwem do składania). Można, a nawet trzeba wreszcie, angażować dziecko przy praniu i rozwieszaniu prania, niech wrzuca i wyjmuje ubrania z pralki, potem może też układać i przypinać do suszarki;














Pomoce do samoobsługi

Ta część Życia codziennego jest dziś niestety najbardziej zaniedbana. Często dzieci lata całe nie umieją się ubrać, a zepsute rzeczy wyrzucają zamiast spróbować naprawić. Mają problem z zapięciem guzika czy zasunięciem suwaka. I tu niestety sporo winy leży po stronie rodziców, którzy w tym momencie mnóstwo rzeczy robią za dzieci, żeby było szybciej. I wiecie, z perspektywy rodzica ja to doskonale rozumiem, bo sama też czasem robię różne rzeczy za Tosię, żeby przyspieszyć, ale staram się jednak unikać tego jak ognia i motywować ją, żeby chciała sama. Skończyło się to tym, że mnie nie pozwala się ubrać, ale sama robi to trzy godziny, trzylatek pełną gębą, ale co zrobić.


- przyszywanie guzika - tak naprawdę mogłabym tu wpisać, wszelkie prace ręczne jak cerowanie, tkanie, wyszywanie, dzierganie czy tworzenie różnych cudów na laleczce dziewiarskiej. Zaczynamy od najprostszej rzeczy z możliwych, czyli bezpieczna igła do wyszywania (ma ścięty czubek), wielki guzik, grubszy materiał z rzadkim splotem i kordonek albo mulina. W ten sposób uczymy dziecka ruchów potrzebnych przy szyciu i przyszywaniu. Z czasem przechodzimy na regularną igłę i bardziej skomplikowane rzeczy. Dzięki temu pięcio-sześciolatek będzie potrafił uszyć swojemu misiowi czy lalce ubranie, a sobie naprawić bluzkę. Polecam spróbować!




- ubieranie się - dość trudny temat, jako że niełatwo nauczyć dziecko o co w tym całym ubieraniu się chodzi. Nam w sumie całość zajęła rok. Zaczęliśmy Tosię uczyć wciągania spodni na nogi jak miała półtora roku. Później przyszła kolej na zakładanie skarpetek, a potem bluzek, bluz i kurtki. Gdzieś w międzyczasie przewinął się epizod zakładania czapek (co widać na zdjęciach). W wieku 2,5 roku Tosia umiała się od stóp do głów ubrać sama. Dziś jeszcze czasem zdarzy jej się założyć coś na lewą stronę albo tył na przód, czasem też przeciągnie nogawkę spodni i jest dramat, bo nie umie jej przełożyć z powrotem. Ale generalnie umie się ubrać i rozebrać całkowicie sama. Co ma swoje plusy i minusy oczywiście, o czym pisałam wyżej. Teraz czekają nas ramki z guzikami, kokardkami, napami, sznurowadłami itd.













Tosia 2,5 roku - naciąganie spodni

Tosia 2,5 roku - zakładanie skarpetek


Tosia 2,5 roku -zakładanie bluzki (dziś zaczyna od rękawów, dopiero potem przekłada przez głowę, tak jest jej znacznie łatwiej)




Poniżej świetny filmik z genialnym sposobem zakładania kurtki dla maluchów:



- higiena - tu też warto zacząć jak najwcześniej. Mycie rąk powinno być rutyną, która weszła w krew i myjemy ręce zawsze przed i po posiłku, po powrocie z podwórka oraz po skorzystaniu z toalety (częstsze mycie rąk paradoksalnie może doprowadzić do odwrotnych skutków niż zamierzone, gdyż osłabia skórę rąk i naraża ją na podrażnienia i bakterie). Zęby pomagamy dziecku myć mniej więcej do 6 roku życia, ale pozwalamy mu też ćwiczyć, najlepiej z lusterkiem (tak samo mycie twarzy i wydmuchiwanie nosa). Trzylatek świetnie poradzi sobie z wydmuchaniem nosa w chusteczkę. Możemy uczyć dziecko jakie ruchy wykonujemy przy czesaniu, a jakie przy myciu głowy. I tak dalej, i tak dalej;












Dział Życia codziennego jest bardzo wdzięczny i zwykle od niego zaczyna się cała przygoda z Montessori (na zmianę z Sensoryką). Polecam wszystkim dostosować takie pomieszczenia jak kuchnia, łazienka, przedpokój z wieszakami na kurtki czy osobisty pokój dziecka, do jego potrzeb. Zatem wszystko na wysokości dziecka, dostępne dla niego w każdej chwili (na wysokości jedynie takie rzeczy, do których nie chcemy dać dostępu), dopasowane rozmiarowo.
Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was użyteczny. Ja w każdym razie absolutnie nie wyczerpałam tematu i o Życiu codziennym będę jeszcze pisać, ot chociażby pokażę Wam nasz stolik kuchenny i półkę Tosi do przygotowywania posiłków. Jeśli zgłosicie taką chęć i potrzebę, mogę też nakręcić z Tosią filmiki instruktażowe jak z poszczególnych narzędzi kuchennych dla dzieci korzystać i jak robić prezentacje z nimi. Także do przeczytania już niedługo!

Koniec psot!

11 komentarzy:

  1. Rewelacja, u nas bardzo podobnie wygląda dzień :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny, inspirujący tekst. Będę do Ciebie zaglądać. Zapraszam też do siebie na http://www.pozytywnewychowanie.pl/

    OdpowiedzUsuń
  3. SUUUPER!!! A pomoce i prace zastosowane w praktyce, dają rewelacyjne rezultaty. Tosia jest bardzo samodzielna. Coś o tym wiem. Babcia, ja sama!- słyszę bardzo często. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja ciągle nie rozumiem, dlaczego robić z tego życia codziennego takie wielkie halo. Wyrzucenie go z "naturalnego środowiska", czyli kuchni, łazienki itd. do tematycznych kącików sprawia, że przestaje to być życie codzienne. Czy w ogóle da się nie postępować wg zasad Montessori mając w domu 2-3-latka? Wystarczy, że odkręcę wodę w kranie, a Róża już jest ze swoim krzesełkiem, już stoi, już chce pomagać. Da się tego w ogóle uniknąć? Czy można jakąś tajemną sztuką sprawić, że dwulatek nie będzie sam ubierał skarpet? Róża towarzyszy mi dosłownie w każdej czynności kuchennej i porządkowej. Sama wyciska sok z pomarańczy, uciera ser, kroi co się da, miesza, ugniata, myje, przelewa, odkręca i przypina akurat to, co zrobić trzeba, odkurza, nawet bratu tyłek kremuje, ostatnio przybiła wszystkie kołki i gwoździe w nowym regale. Zupełnie nie widzę sensu, żeby tworzyć z tego jakieś oddzielne strefy, gdzie wszystko leży na tackach, gdzie dziecko może się zająć cichą zabawą, a rodzic w tym czasie zajmie się tym samym, tylko w kuchni.
    I tak jak mówię - być może tego nie rozumiem, ale jawi mi się metoda Montessori jako wielki przerost formy nad treścią, okropnie konwencjonalna, zabijająca kreatywność i spontaniczność, sztuczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przeczytałaś Zuza wpis, czy tylko przejrzałaś zdjęcia? Bo ja właśnie dokładnie o tym piszę, że są takie rzeczy, które w przedszkolu muszą być na tacach, ale w domu nie ma takiej potrzeby. Piszę w poście o tym, że fajnie jak w kuchni stworzy się dla dziecka stolik na jego wysokości, gdzie będzie stało wszystko, czego potrzebuje do przygotowania sobie posiłku. Tak samo np. z kłódkami, które w przedszkolu leżą na tacce, a w domu po prostu dziecko grzebie w kluczykach i przekręca wszystko co mu wpadnie w ręce. Domowe Montessori różni się od tego w przedszkolu z prostych względów, w domu wszystko jest naturalne, w przedszkolu tworzy się trochę sztuczne warunki, ale tam jest to zwyczajnie konieczne.
      Zdjęcia w sporej części pochodzą z mojego albumu przygotowywanego na kurs, są więc zatem bardziej przedszkolne niż domowe, natomiast w tekście jest w zasadzie to o czym piszesz.
      Stąd też nie wiem skąd wniosek, że to metoda konwencjonalna (sic!), skostniała i zabijająca spontaniczność? Poczytaj trochę więcej na jej temat i wtedy pogadamy, dobrze? :)

      Usuń
    2. Tak, przeczytałam. :) I nie odwołuję się tu tylko do Twojego wpisu, ale do tego, co obserwuję w ogóle, na grupie na Facebooku, na innych blogach. Widzę, że "opracowywanie" jakiegoś tematu wiąże się z pracochłonnymi przygotowaniami materiałów, izolowania tego zagadnienia. Samo w ogóle istnienie jakichkolwiek zasad i wytycznych uważam za sztuczne, bo, tak jak już pisałam, poza przypadkami, że ktoś od najmłodszych lat sadza dziecko przed tabletem ze słowami "a teraz mamusia zajmie się obiadem" - nie da się postępować inaczej, w sposób jak najbardziej naturalny.
      Spontaniczność - na przykład fakt, że pomocy nie można wykorzystać do innych celów. U mnie zupełnie by to nie przeszło, elementy różnych gier i zabawki wykorzystywane są na najróżniejsze sposoby i uważam, że to super. Trudno o większą schematyczność niż powiedzenie dziecku, że to jest tacka z matami i nie próbuj nawet wymyślać własnych rozwiązań.

      Usuń
    3. I to jest właśnie problem w zrozumieniu Montessori. Bo wcale nie jest tak jak piszesz, że zabrania się dziecku tworzenia własnych rozwiązań, wręcz przeciwnie. Cały szkopuł polega na tym, że to dorosły ma dać dziecku perfekcyjną lekcję i to on jest tutaj dość mocno ograniczony. Natomiast dziecko może z pomocą robić co chce, pod warunkiem, że jej nie niszczy i nie roznosi jej elementów po całej sali bądź domu. W tym się zawiera nauka pewnego porządku, biorę pomoc, pracuję z nią, potem ją odkładam. Przy czym dopuszcza się mieszanie pomocy, np. dzieciaki uwielbiają układać skomplikowane konstrukcje z różowej wieży, brązowych schodów, czerwonych belek i kolorowych cylindrów (widziałam świetne zdjęcia choinki wykonanej z tych pomocy ;) ). Także wokół tej metody narosło tak dużo niedomówień i kompletnie niezgodnych z nią koncepcji, że w sumie nie dziwi mnie, że ludzie jej nie rozumieją.
      Co do izolowania zagadnienia, chodzi o izolowanie trudności, gdy dziecko się uczy nowych rzeczy, później jest już dość swobodne mieszanie, ale trzylatki zwykle potrzebują dość stabilnej struktury i szybciej się uczą, jeśli wiedzę im się dozuje.

      Usuń
  5. Bardzo rzeczowy wpis.mi zabrakloby czasu i zapału na takie dokładne przygotowanie zabaw. Działamy bardziej spontanicznie i stosujemy duzo różnych tego typu zabaw. Ale nie zagkebialam się nigdy w Montessori

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ stworzyłaś kompendium wiedzy, jak w życiu codziennym stosować metody Montessori, jestem pod wrażeniem. Też muszę więcej tych zajęć wprowadzić u nas w życie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Super kompendium! Lubie te metody montesorri :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ogrom inspiracji, treściwy post. Podobają mi się zajęcia z wodą - łatwe do sprzątnięcia i fascynujące dziecko. I jest czas na kawę :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)