15 kwietnia 2016

Matematyka jest Πękna: czas


Czas płynie, czas mija, czasu nie da się zatrzymać. Działając intensywnie w blogowym świecie i wychowując małą, nieziemsko energiczną istotę, da się to doskonale odczuć. Czy jednak dwulatka w ogóle pojmuje upływ czasu? Czy jesteśmy w stanie, tak małemu człowiekowi wprowadzić temat czasu tak, żeby go pojął? I to jeszcze w kontekście matematyki... Zadanie wydaje się dość karkołomne, zajrzyjcie więc w głąb posta i sprawdźcie, czy podołałyśmy.



1. Zegary


Choć w zasadzie dla Tosi jeszcze nie czas na wprowadzanie zegara i odczytywania godzin (najpierw niech się nauczy liczyć do dziesięciu ze zrozumieniem, potem pomyślimy ;) ), to sam jego obraz nie jest niczym szczególnie trudnym. W końcu zegary nas otaczają i można je znaleźć w każdym domu, choć ostatnio znacznie częściej elektroniczne. Zabrałyśmy się więc za stworzenie naszego własnego zegara, z okrągłym cyferblatem i ruchomymi wskazówkami.
Do jego wykonania będziecie potrzebować:
  • okrągły papierowy talerz
  • flamaster
  • czarny karton
  • dwustronną taśmę klającą
  • tekturę
  • nożyczki
  • pinezkę
  • korek/gumkę do ścierania
  • ew. kredki/mazaki do ozdobienia tarczy zegara
Na początek, jeśli potomek wyraża taką chęć, pozwólmy mu ozdobić tarczę zegara w dowolny sposób. Następnie z tektury i czarnego kartonu wycinamy kształty wskazówek pasujące do naszego talerza. Następnie wskazówki z kartonu przyklejamy przy pomocy taśmy klejącej do tekturowych. Grubsze wskazówki będą się łatwiej przesuwać, co jest szczególnie istotne przy mniejszych dzieciach. Wskazówki nabijamy na pinezkę, po czym przebijamy nią środek papierowego talerzyka. Po drugiej stronie wbijamy ją w kawałek korka albo gumki do ścierania. Na brzegach talerzyka wypisujemy kolejno cyfry. Nasz prywatny zegar do ustawiania czasu gotowy!



Wskazówki zegara

Zestaw do zamontowania na tarczy zegara




Ruchomy zegar



  
2. Odwzorowanie


Do tej zabawy będziecie potrzebować zegara z poprzedniego podpunktu oraz szablonu, który możecie ściągnąć i wydrukować STĄD. Zadanie dziecka polega na odwzorowaniu ustawienia wskazówek, widocznego na obrazkach. W naszym zestawieniu są tylko pełne godziny, żeby potomce było na początek nieco łatwiej zrozumieć zasadę. Za jakiś czas, kiedy wrócimy do zabaw z zegarem, zaproponuję jej trudniejsze ustawienia plus może godziny na zegarku elektronicznym.
Ustawianie z obrazka nie sprawiło Tosi żadnego problemu. Przy drugim podejściu spróbuję jeszcze powtarzać nazwy godzin, a później pobawimy się odwrotnie, będę młodej podawać godzinę i zobaczymy, czy poprawnie ustawi ją na zegarze.







3. Kształtne zegary


 Bawiłyśmy się też chwilę, bardzo prostą układanką z zegarami w roli głównej. Wyszukałam obrazki najróżniejszych czasomierzy, od tych najdawniejszych jak klepsydra, przez wielki zegar szafkowy i budzik z dużymi dzwonkami, aż po elektroniczne. Na ich podstawie stworzyłam figury geometryczne w tych samych kolorach. Zadaniem Tosi było dopasować kształty do zegarów i nazwać je (jeszcze się jej myli trójkąt z prostokątem). Jeśli też macie chęć się tak pobawić, zajrzyjcie TUTAJ i ściągnijcie szablon do wydruku.









4. Oś czasu naszej rodziny


Na koniec najważniejsza część naszego czasowego warsztatu, czyli skonstruowana samodzielnie oś czasu z rodzinnymi zdjęciami. Do jej wykonania użyłam dużego kartonu, mazaków i mnóstwa rodzinnych zdjęć, szczególnie fascynujące były te stare, pożółkłe i czasem nieco dziwne (czytam teraz Osobliwy dom Pani Peregrine, więc głęboko siedzę w temacie osobliwych zdjęć). Czarnym flamastrem narysowałam wielką oś, na jej grocie napisałam imię Tosi, kawałek dalej słowo 'Rodzice', później 'Dziadkowie', a na końcu 'Pradziadkowie...', wielokropek na końcu sugeruje, że zdjęcia wybiegają czasowo jeszcze dalej.




Nadszedł czas na właściwą zabawę, czyli chronologiczne układanie zdjęć. Zaczęłam od tego, że położyłam przed małą wszystkie zdjęcia dzieci jakie miałam pod ręką i poprosiłam ją, żeby wybrała to, na którym znajduje się ona sama. Znalazła je bezbłędnie i ekspresowo, a potem umieściła we właściwym punkcie na osi.



Dalej rozłożyłam zdjęcia moje i męża od czasów naszego wczesnego dzieciństwa do ślubu. Poprosiłam Tosię, żeby odszukała nasze zdjęcie ślubne i tutaj musiałam się porządnie wytłumaczyć z tego, o czym mówię. Po wprowadzeniu w temat sakramentu małżeństwa, Tosia bez problemu znalazła właściwe zdjęcie. Później posortowała je, odkładając na górę zdjęcia taty, a na dół moje.






Dalsza część wymagała już sporego wsparcia z mojej strony, im dalej tym było trudniej. Najpierw Tosia dostała do ręki dwa zdjęcia ślubne dziadków i miała ułożyć je we właściwych miejscach. Trochę było przy tym biegania i oglądania dziadków, ale ostatecznie misja została zakończona sukcesem. Ostatni etap zaś wykonałam ja, układając zdjęcia najstarszego pokolenia ze zdjęć, we właściwym porządku.



Stare zdjęcia mają w sobie coś niesamowitego. I nie chodzi tu tylko o to, że są pożółkłe, naddarte czy poplamione. Bardzo często wady aparatu albo złe naświetlenie powodowało dziwaczne efekty, jak na przykład na poniższym zdjęciu, na którym jedna z dziewczynek wygląda jak duch (na zdjęciu najprawdopodobniej znajduje się praprababcia Tosi ze swoim rodzeństwem). Niesamowicie ogląda się też przedmioty, na przykład dziecięce zabawki jak bębenek czy drewniane chodaki.



Praprababcia Tosi była dla mnie w zasadzie babcią, najukochańszą pod słońcem (tak, znałam swoją prababcię i była cudowną kobietą!), mogłam więc opowiedzieć małej sporo na jej temat. O tym, jak twardą ręką przez długi czas trzymała całą rodzinę w całości i jak to do niej należało ostatnie słowo przy podejmowaniu wszelkich decyzji. Ta delikatna z pozoru kobieta, była niesamowicie silna duchem, a jednocześnie nie była pozbawiona wad, które tylko jeszcze bardziej podkreślały jej osobowość.
Kiedy patrzę na jej zdjęcia, szczególnie to ciepłe i letnie na leżaku, czuję się jakby była blisko i nas strzegła, mimo że odeszła już całe lata temu. Jest naszym aniołem stróżem.



Poniższe zdjęcie jest najbardziej niezwykłym z całego naszego zbioru, a mówię to z kilku powodów. Przede wszystkim jest to jedyne zdjęcie, na którym widać zarówno praprababcię Tosi (tę samą, o której pisałam przed chwilą) i oboje jej rodziców, to dzień jej komunii świętej. Do tego jest to najstarsze zdjęcie jakie posiadamy - prababcia urodziła się w 1909 roku, zatem wykonanie zdjęcia datowałabym na rok 1918, czyli koniec pierwszej wojny światowej. Oznacza to, że za dwa lata ta fotografia będzie radosną stulatką. Po trzecie zaś, w prawym górnym rogu znajduje się wycięty fragment i ja doskonale wiem, co na nim było, a w zasadzie kto. W tym miejscu uwieczniona była starsza siostra mojej prababci, która na starość wycięła się albo wydrapała ze wszystkich zdjęć jakie wpadły jej w rękę (tym większe ciarki wywołuje zdjęcie, na którym ciotka wygląda jak duch). Mamy w rodzinie teorię, że jako bardzo piękna kobieta, tak długo przebierała w kandydatach na męża, że w końcu została starą panną. Z żalu po utraconej młodości i urodzie, postanowiła zniszczyć wszystkie jej dowody. Dzisiaj tylko my i brat mojego taty chadzamy na jej grób i pilnujemy, żeby pamięć o niej nie zniknęła, jak ta wycięta podobizna ze zdjęcia.



Zestawiłam obok siebie zdjęcia trzech pokoleń dziewczynek w naszej rodzinie (z pominięciem mojej babci, której zdjęć z dzieciństwa nie umiałam znaleźć). A zatem od lewej praprababcia, Tosia i malutka ja, opalona jak raczek :)


Pradziadkowie Tosi, jak mieli po 17 lat

Babcia Tosi (czyli moja mama), niezła z niej była hipiska ;)
Poniżej sąsiedzi moich pradziadków, czyli leśniczy z rodziną. Wrzucam to zdjęcie głównie ze względu na niesamowity strój dziewczynki. Wygląda na tym zdjęciu niczym mała księżniczka!

 5. Matematyka czas... dawnego


Na sam już koniec wrzucam Wam prawie stuletnie świadectwo szkolne prababci, na którym znajduje się dowód, że matematyka w naszej rodzinie, nawet w dawnych czasach nie sprawiała żadnych trudności.



Wpis ostatecznie okazał się bardziej nostalgiczny niż matematyczny, ale takie spojrzenie na rodzinę, zarówno mnie jak i Tosi, pozwoliło poczuć płynący czas na własnej skórze, i nie tylko. A to znaczy, że wszystkimi zmysłami odkryłyśmy jak bardzo upiększa on oblicze matematycznej matrony. Mijają dni, miesiące i lata, najpierw możemy je odliczać na własnych palcach, a kiedy ich zabraknie dobieramy sobie kogoś, kto pomoże nam je policzyć dodając swoje, a z naszej miłości powstaje ktoś, kto dodaje kolejne paluszki z latami. I tak wspólnie będziemy liczyć, aż po kres naszych dni.

Post powstał w ramach projektu Matematyka jest Πękna:


Pliki do ściągnięcia:

Koniec psot!

12 komentarzy:

  1. oś wpisu, czyli temat zdjęciowo-wspomnieniowy, choć jedynie śladowo "matematyczny", zdecydowanie piękny!
    myślę, że jak najbardziej dałyście radę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, cieszy mnie to ogromnie :D Takie wspominki są niesamowite, a patrzenie na stare zdjęcia od zawsze wywołuje u mnie niesamowite obrazy w wyobraźni i podróż w dawne czasy ^_^

      Usuń
  2. oś czasu rodziny bomba! świetny pomysł :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż, czas jest bezlitosny i mija bezpowrotnie. Dobrze, że są zdjęcia. Super pomysł i wykonanie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba zatem chwytać chwilę, póki trwa i cieszyć się dniem dzisiejszym :)

      Usuń
  4. Świetne pomysły. Jestem pod wrażeniem tego jak można przedstawić czas dwulatkowi. Rewelacja!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy dużo z tego zrozumiała, ale oglądanie zdjęć jej się podobało, szczególnie szukanie dzieci. Była strasznie zdziwiona, jak jej powiedziałam, że to małe opalone jak burak, to ja ^_^

      Usuń
  5. Jak ciekawie podeszłaś do tematu. Brawo.
    Mnie urzekły stare fotografie i związane z nimi rodzinne historie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też nieodmiennie zachwycają rodzinne historie, a zdjęcia czasem wywołują ciarki :P

      Usuń
  6. U Was jak zawsze kreatywnie i na bogato :D świetny pomysł z rodzinną osią czasu - bomba! Mówiłam już, że jesteś wielka??? :*

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)