27 czerwca 2015

Babo chce!


Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć trochę o książce, którą w ostatnim czasie Tosia pokochała miłością szczerą i niesłabnącą. Tak szczerze mówiąc kupiłam ją w ciemno, bo jest mocno polecana na wielu blogach, ale kiedy ją przejrzałam spodobała mi się średnio i byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona. Dałam ją Tosi, bo byłam ciekawa jej reakcji. Okazało się, że moje dziecko nie podzielało mojego sceptycyzmu, przytuliła książkę, uciekła z nią za fotel i tak siedziała kartkując w jedną i drugą stronę. Dzięki tej książeczce nauczyła się mówić "dzik" (ten sławny dzik z postu o czytaniu globalnym :) ), namiętnie pokazuje wszystkie obrazki w tę i z powrotem, zadręczając nas kolejnym pytaniem "cio to?". Nauczyła się mówić Babo i Lalo, więc większość rodziny z książki potrafi nazwać sama. No i te dziki, ledwo otworzy rano oczy, już krzyczy "dzika! dzika!", na łosie nie reaguje już z taką, skądinąd, dziką radością, za to namiętnie pokazuje ich oczy trenując wymawianie kolejnego słowa.



Sama historia przedstawiona w "Babo chce!" jest prościutka, nieskomplikowana, a wręcz banalna, opatrzona lakonicznym tekstem z przewagą wyrazów dźwiękonaśladowczych, co jest dużym plusem dla dzieci w okolicach roku. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że według mnie jest to całkiem przyzwoita pozycja do nauki globalnego czytania, ale muszę chyba o to dopytać specjalisty.



Mamy oto rodzinę: mamę, tatę, Ajszę, Lalo, Bintę i najmłodszego Babo, plus do tego jeszcze Psa i Kurę. Na pierwszej stronie wszystkie postacie są przedstawione i podpisane, by za chwilę Ajsza i Babo w towarzystwie Psa i Kury ruszyli samotnie w las. A w tym lesie moc przygód, są tam jagody i mrówki, łosie i dziki, fascynujące, choć trochę przerażające. Po takim spacerze i ekspresowym powrocie do domu, najlepiej jest spędzić wieczór na wspólnym pieczeniu ciasta z zebranymi w lesie jagodami. Pyszna, ciepła i rodzinna historyjka. Po kilkunastu przeczytaniach jej od deski, doceniłam jej urok i przestałam się dziwić Tosi, że ją pokochała.





Ilustracje są bardzo ładne, kolory stonowane, choć troszkę dziwnie uchwycony jest na nich ruch, trochę jakby postacie były zrobione z gumy, bez twardych kości i stawów. Powiedzmy jednak, że doceniając walory tej książeczki, jestem w stanie przymknąć oko na drobne niedociągnięcie graficzne. Być może też większości ludzi taki sposób rysowania nie przeszkadza.


Polecam "Babo chce!" oraz pozostałe dwie części z serii, o których napiszę wspólny post innym razem, szczególnie dla takich maluchów jak moja Tosia (najlepiej się sprawdzą dla roczniaka, aż do dwulatka). To książka idealnie dopasowana do ich poziomu, nie za trudna, troszkę wymagająca, ucząca prostych rzecz. A jeśli macie psa tak jak my, to po lekturze "Binta tańczy", może się okazać, że wasze dziecko chce spać przytulone do niego...


4 komentarze:

  1. Uwielbiamy! :) Chociaż "Bintę" i śpiewającą kurę najbardziej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fantastyczne jest to, że wszystkie te postacie dają się lubić. U nas najukochańsze są oczywiście dziki, a w drugiej kolejności Babo :D

      Usuń
  2. Znamy i lubimy, baaardzo lubimy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma coś w sobie ta książeczka, jakąś tajemną magię przyciągania chyba :D

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)