12 marca 2016

Mali podróżnicy: Filipiny, czyli małpia gra


Ze sporym poślizgiem, ale jest, dotarłyśmy na Filipiny i chwilę udało nam się tam posiedzieć, dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy o tym azjatyckim kraju, a nawet stworzyć grę oraz pakiet zadań w filipińskim klimacie. Zahaczyłyśmy też o Tajlandię, jako że tam również występują te same zwierzęta, co na Filipinach oraz przepiękny i niezwykle bogaty w niezwykłą roślinność las deszczowy. Zapraszam Was w podróż do tego niezwykłego zakątka świata, gdzie czasem ciężko się oddycha i jest niebezpiecznie, ale jednocześnie tak pięknie, że chciałoby się tam kiedyś zawitać.


1. Mapa

Na wstępie jak zwykle zajrzałyśmy do jedynego atlasu dla dzieci, jaki mamy na półce (z czasem będziemy zbierać kolejne tomiki, ale dzieć musi jeszcze podrosnąć), czyli Mapy Mizielińskich. To jedna z najlepszych pozycji geograficznych dla najmłodszych i dotąd nas nie zawiodła. Zawsze musi być jednak ten pierwszy raz. Mapy bowiem nie zawierają bowiem bardziej szczegółowych danych na temat Filipin, jedynie niewielki skrawek mapy Azji pokazuje gdzie się znajdują i w zasadzie tyle.
Niestety, nie wszystkie kraje zmieszczą się w książce, która i bez nich jest całkiem opasła i ciężka, sprawdzone na własnej stopie. Zadowoliłyśmy się więc tym skrawkiem informacji i postanowiłyśmy zgłębić przepastne trzewia Internetu, w poszukiwaniu czegoś nieco dokładniejszego. I tak trafiłam na stronę, prawdziwą kopalnię wiedzy na temat Filipin, na której znajduje się tak cudowna rzecz jak zegar pokazujący czas w Manili, stolicy tego kraju oraz temperaturę jaką tam mają, aktualnie to 26 stopni (trochę ciepło).



2. Owoce

Poznałyśmy na przykład owoce, jakie występują na Filipinach, a są to między innymi banany, chlebowiec, durian, kalamondin (mieszaniec mandarynki i kumkwatu), papaja, ananas. Filipiny mają jednak dwa bardzo wyjątkowe owoce, które postanowiłyśmy poznać dokładniej. Są to kokos, którego Filipiny są największym eksporterem, oraz mango, które jest uważane za ich narodowy owoc, niektórzy nazywają je nawet owocem bogów, i to ponoć filipińskie mango są najsmaczniejsze na świecie.
Czy rzeczywiście mango z Filipin jest najlepsze? Mogę tylko napisać, że mój małżonek miał jeszcze jakiś czas temu w pracy koleżankę, która pochodziła z i mieszkała w Manili (jeśli się uda ją namówić, może użyczy mi na bloga kilka zdjęć). Kiedy przyjeżdżała do Polski na delegacje, przywoziła ze sobą dwie rzeczy, suszone mango i cukierki ze sprasowanych orzechów i kakaa (nigdy w życiu nie jadłam nic lepszego!). Małżonkowi mojemu udało się przemycić dla mnie tylko cukierki, później z resztą Aiko przywoziła je dla mnie specjalnie całymi paczkami, ale suszonego mango z Filipin nigdy nie udało mi się spróbować. Małż natomiast twierdzi, że było tak dobre, że znikało w oka mgnieniu, było miękkie i słodkie.





Po tym jak spróbowałyśmy z Tosią suszone mango kupione w Polsce, mogę stwierdzić, że raczej nie pochodziło z Filipin. Było bardzo kwaśne i twarde, trochę przypominało w smaku cytrynę, a w konsystencji nasze suszone jabłko. Tosia jest nim jednak zachwycona i pożarła na raz 1/3 miseczki, byłam w szoku. Ale być może wynika to z faktu, że niedawno chorowała i potrzeba jej duuuużych ilości witaminy C, którego mango jest bardzo bogatym źródłem. Ponad to w mango znajdują się także witaminy z grupy B, witamina A, E, jest także bogate w miedź, magnez i potas, stanowi także znakomite źródło błonnika. Nic zatem, tylko jeść mango! My świeżego próbowałyśmy już wiele razy, więc dla Tosi to żadna nowość, jedzenie suszonego zaś, było niezłym przeżyciem.



Żując zajadle kawałki mango, zabrałyśmy się za otwieranie kokosa. Bardzo lubię wyżerać miąższ ze świeżego orzecha, dlatego w tej chwili otwarcie takiego osobnika to dla mnie żaden problem, mam przećwiczone i chętnie podzielę się z Wami najbardziej oklepaną wersją w Internecie.
Na początek zerkamy sobie na koniec z trzema ciemnymi kropkami, ta która nieco wystaje jest mięciutka i łatwo ją przedziurawić, pozostałe dwie, bardziej zagłębione w skorupę, są twarde jak reszta orzecha. W miękką dziurkę pakujemy korkociąg i wkręcamy go tak głęboko jak się da. Po wyjęciu korkociągu można poszerzyć dziurkę ostro zakończonym nożem (gładko wejdzie, prawdę mówiąc w tym oczku można zrobić ślad nawet paznokciem).






Jak już mamy gotową dziurkę, wylewamy przez nią całą wodę kokosową ze środka, którą możemy później wypić albo dodać do jakieś potrawy. My na przykład użyłyśmy jej do ugotowania egzotycznej owsianki (płatki owsiane gotujemy na wodzie kokosowej z dodatkiem czystej wody, gotowe płatki mieszamy z rozgniecionym mango, dekorujemy pomarańczami, bananami, kaki i papają - pycha).


Kolejny krok to umieszczenie kokosa na desce do krojenia, a deski na podłodze, w miejscu bez kafelków oczywiście. Następnie bierzemy w rękę młotem i dokładnie po środku leżącego orzecha, uderzamy jego wąską stroną. Musimy uderzyć kilkanaście razy, zanim orzech pęknie, chwilę to trwa, także nie zrażajcie się. Najlepiej uderzać systematycznie w jednym punkcie, a kiedy orzech pęknie, zacząć go obracać i uderzać po okręgu, aż pęknie w całym obwodzie. Gotowe, mamy dwie połówki, przepięknie wyglądającego kokosa!
Kiedyś zastosowaliśmy także inny sposób, całkiem niezły, ale wymagający dłuższego czasu. Wystarczy bowiem włożyć kokos do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec go przez 15-30 minut. Po tym czasie, orzech jest kruchy i wystarczy lekkie uderzenie o podłogę albo młotkiem, żeby pięknie pękł. Czasami zdarza się też, że już w piekarniku orzechy pękają i wystarczy je po prostu wyjąć. Ponoć miąższ łatwiej odchodzi od ciepłego kokosa, ale szczerze mówiąc już nie pamiętam jak to było u nas.








Mamy dwie połówki i co z nimi zrobić dalej? Wystarczy nożem nacinać miąższ i podważać go, aż wyłupią się kawałki. I tyle, mamy znakomity, świeży kokos, który można przerobić na mleczko kokosowe, wiórki, zjeść samo bez niczego albo przerobić na śmietankę.
Tosia spróbowała kokosa, ale nie był nim jakoś szczególnie zachwycona, suche wiórki pasowały jej chyba nieco bardziej. Ja za to porwałam cały talerz i delektuję się faktem, że jest tylko mój!






3. Fauna i flora

Nie miałyśmy niestety czasu, żeby przygotować karty trójstopniowe ze zwierzętami i roślinami Filipin, obejrzałyśmy za to kilka fantastycznych pokazów zdjęć oraz filmików, które dały nam pewien okrojony obraz jak ten kraj wygląda. Przy okazji każdej z naszych tropikalnych aktywności, towarzyszyły nam też dźwięki nagrane w lasach deszczowych. Fantastycznie słuchało się dźwięków burzy i skrzeków ptaków przed snem, bardzo polecam, świetna muzyka relaksacyjna.

Nasza lista filmów:















4. Małpia gra

Na koniec stworzyłyśmy wspólnie grę, której główni bohaterowie pochodzą właśnie z lasu deszczowego. Mamy zatem małpy zwisające z wielkiej palmy i polujące na nie krokodyle (jeśli ktoś uzna taką opcję za zbyt brutalną, można zamiast polowania użyć sformułowania "grają w chowanego albo berka", choć ja jestem zwolenniczką surowej prawdy raczej). Do przygotowania takiej gry u siebie w domu, będziecie potrzebować:
  • wydrukowane szablony małpek (do pobrania TUTAJ, razem z innymi kartami pracy)
  • kostkę (szablon pobrany j.w. na grubszym kartonie, złożony i sklejony)
  • wyciorki zielone i brązowe (mniej więcej po 15 sztuk)
  • durszlak
  • dwa zielone spinacze do bielizny
  • ew. samoprzylepne oczka albo oczka zrobione samodzielnie


Na początek dajemy dziecku zadanie nadziania durszlaka brązowymi wyciorkami, po czym wyrównujemy je (wciskamy najgłębiej jak można), chwytamy wszystkie w garść tak, żeby nasze "korzonki" nie wyszły z durszlaka i skręcamy w pień. Można nieco przygnieść do wierzchu durszlaka i zagiąć, żeby się nie wysuwały z dziurek. Przy tej okazji mamy jedyną w swoim rodzaju okazję porozmawiać z maluchem na temat podstawowej budowy drzewa.





Po odwróceniu durszlaka, zastaniemy taki oto widok. Można teraz skręcić także korzonki drzewa od spodu, powyginać je finezyjnie i pokombinować, żeby nasze drzewko wyglądało jak najbardziej realistycznie.



Następnie bierzemy zielony wyciorek, składamy go na pół i skręcamy, zostawiając na końcu wolny kawałek, który następnie przykręcamy do jednej z brązowych końcówek konarów wyrastających z naszego pnia.




Podobnie postępujemy przy każdym zielonym wyciorku, aż wyczerpiemy wszystkie brązowe, wolne konary. Na koniec można jeszcze zielone gałązki skręcić ze sobą, żeby wszystko się lepiej trzymało i tropikalne drzewo gotowe! Jeśli ktoś ma chęć utrudnić, można jeszcze dodać liany ze sznurka, liście palmy wycięte z papieru albo zrobione ze wstążki czy bibuły. Pełna dowolność, drzewo prezentuje się wyśmienicie i jest gotowe stać się centrum Małpiej gry.



Przyszedł czas na zawieszenie małpek, których ogonki tworzą haczyki, idealnie zaczepiające się na skręconych, wyciorkowych gałązkach. Jeśli nie macie wyciorków, można też małpki zawiesić na sznurkach, wieszakach albo gumkach recepturkach.




Stworzenie krokodyli jest zaś banalnie proste, spinacze w zasadzie same z siebie wyglądają jak krokodyle (w sprzedaży znajdziecie też pęsety w kształcie krokodyli, które nadadzą się do tej zabawy równie dobrze). Dla wzmocnienia efektu, możecie tak jak my, dokleić krokodylom oczy.




Prawda, że wyglądają cudnie?


Poniżej zamieszczam też zdjęcie naszej kostki, którą skleiłam przy pomocy dwustronnej taśmy klejącej, ale dobry klej do papieru też da radę.



Możemy teraz przystąpić do zabawy!
Dla dwuletniej Tosi opracowałam wersję bardzo prostą, która jednak nie do końca mi się podoba, głównie dlatego, że jest oparta w całości o losowość. Bardziej mi się podoba po prostu indywidualne łowienie małpek, a przez to ćwiczenie kolorów i małej motoryki. Na potrzeby gry dla toddlersa, postanowiłam jednak przymknąć na razie oko, ale będę myśleć nad przyjemniejszymi regułami, dającymi możliwość rozwijania się także umysłowo i pokonanie przeciwnika naszą świetnością, a nie dobrą ręką do turlania kostką.

Zasady gry dla dwulatka
(dwóch graczy)

Rzucamy kostką, sprawdzamy jaki kolor małpki wypadł i taką też próbujemy znaleźć i złapać na naszej palmie. Jeśli wypadnie kolor, którego na drzewie już nie ma, przepada nam kolejka. Podobnie dzieje się, jeśli małpka spadnie z drzewa do "wody", czyli na durszlak - małpka wtedy ucieka pod wodą i wspina się z powrotem na drzewo. Gramy do momentu, w którym ktoś złapie pięć małpek i ta osoba wygrywa.
Jeśli zawiesicie na drzewku liany i inne cudowności, będzie trudniej, ale przy tym znacznie weselej i będzie to większe wyzwanie.









Nawet przy tak prostych i nie do końca dopracowanych zasadach, zabawa była świetna, a Tosia wreszcie nauczyła się zaciskać i rozwierać spinacze do bielizny. To jest w sumie bardzo ciekawa sprawa, że po prostu spinaczami się bawiła, ale nie chciała ich zaciskać i otwierać, za to przy fabularyzowanej zabawie, jej motywacja była tak duża, że nauczyła się wszystkiego dosłownie w chwilę. Ot, magia kreatywnego podejścia do nauki.




5. Sekwencje

W pakiecie znajdują się po dwie małpki z każdego koloru, możemy więc stworzyć z nich także proste sewkencje do powtórzenia przez dziecko. Jego zadaniem jest ułożenie drugiego, identycznego rzędu małpek.
Nam niestety drukarka odmówiła posłuszeństwa (skończył się tusz) i dałam radę wydrukować jedynie pierwsze strony pakietu zadań, który znajdziecie poniżej. Jeżeli jednak wydrukujecie całość, na końcu znajdują się gotowe paski z sekwencjami do powtórzenia.






6. Filipiński pakiet zadań

Na koniec mam także coś dużego dla Was. Oto pod TYM linkiem znajdziecie pakiet kilku zadań dla dzieci w wieku 2-3 lat. Pakiet zawiera ćwiczenia grafomotoryczne, matematyczne oraz plastyczne i logiczne. Mam nadzieję, że pakiet się Wam przyda, nawet jeśli nie omawiacie tak jak my, tematu Filipin.


Post bierze udział w dwóch projektach. Przede wszystkim w Małych podróżnikach:


Ale także poniekąd w projekcie Grajmy!, ze względu na Małpią grę:
Koniec psot!

10 komentarzy:

  1. Gratuluje pomyslowosci! ...no i przedewszystkim daru serca i czasu dla swojej coreczki. Pozdrawiam babcia bozenka
    P.S. Z moim wnukiem Frankiem (4 lata) na razie najbardziej ulubiona zabawa to malowanie jego malych samochodzikow plakatowkami, mycie w myjni(miska) i suszenie w suszarni(recznik) i da capo al fine.
    Tak skomplikowane zajecia na razie nie do zastosowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i zachęcam do wypróbowania, a nuż jednak wnuczkowi się spodoba? Kto wie, dzieci lubią nas zaskakiwać :)
      A pomysł na myjnię samochodową naprawdę przedni, jak tylko zrobi się nieco cieplej pobawimy się z Tosią w zwierzęcą myjnię, bo figurek zwierzątek mamy zdecydowanie więcej niż autek ^_^

      Usuń
  2. O, nie! Przez Ciebie Toczko zacznę chodzić do szkoły z 5 torbami! Co jak co, ale durszlak jeszcze ze mną do pracy nie zawędrował do tej pory... ;) No ale aż szkoda nie spróbować przy okazji śpiewania: https://www.youtube.com/watch?v=O1xP-kO6zA8

    A w dodatku narobiłaś mi ochoty na kokosa! ;) Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha! To może durszlak na głowę? :D A tak serio to mam nadzieję, że młodzieży się spodoba, a piosenka rzeczywiście była inspiracją do stworzenia tej zabawy ;)
      Smacznego kokosa :P

      Usuń
  3. O ja Cie! Ale warsztat!!!!!! Czad! Malpki musze przetestować na Franiu. Mamy grę małpki taką ala bierki kupną...ale Wasza jest genialna!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przemiłe słowa! I życzę fantastycznej zabawy przy ściąganiu małpek z drzewa ^_^

      Usuń
  4. Kolejna garść (a raczej wór) inspiracji. Małpie drzewko mnie urzekło.
    Już pakuję walizki na kolejną wyprawę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam jeszcze troszkę takich worów :P

      Usuń

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się swoimi refleksjami :)